Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

18 września

Od „Narcosa” do „Twin Peaks” – czyli kto zabił Laurę Palmer :D

Amerykańskie lata 80. Kolumbijski boss narkotykowy – Pablo Escobar – stał się znany na całym świecie, a dowodzony przez niego Kartel z Medellín kontroluje większość narkotyków na czarnych rynkach Meksyku, Dominikany i Stanów Zjednoczonych. Kokaina – cudotwórczy biały proszek –  zaczyna dominować ogólnoświatowy rynek narkotykowy, stopniowo deklasując popularne w ubiegłym dziesięcioleciu marihuanę i środki psychoaktywne. Dająca poczucie hipermocy koka idealnie wpasowała się w nieustannie przyspieszające i energetyczne czasy: dzięki niej każdy mógł poczuć się jak gwiazda lub superhero, spełniając tym samym – chociaż na krótko – upragniony i niedościgniony American Dream.

Inst MCB
Co wtedy porabiały nastolatki, zwłaszcza te mieszkające w małych miasteczkach? Odpowiedź na to pytanie podsuwa Jennifer Lynch, personifikując znaną z serialu swojego ojca Laurę Palmer – mieszkankę wyimaginowanego waszyngtońskiego Twin Peaks. Z dziennika nastolatki, obejmującego pięć lat jej życia, oprócz opisu małomiasteczkowej społeczności pełnej fasadowej przyzwoitości i rozmaitych konwenansów, wyłania się obraz kolejnych etapów adolescencji: od dziecięco niewinnej dwunastoletniej dziewczynki, do szesnastoletniej narkomanki, uwikłanej w co najmniej kryminalne zależności. Obserwując stopniowe, coraz głębsze pogrążanie się dziewczyny w ciemnych zaułkach życia (od pierwszej inicjacji seksualnej po wyuzdaną prostytucję, od niewinnych skrętów po codziennie wciąganą kokainę, od miłości do zwierząt po morderstwo człowieka) czytelnik „Sekretnego dziennika Laury Palmer” może nie tylko uzupełnić wiedzę z serialu, lecz również spróbować pojąć mechanizmy psychologiczne, odpowiedzialne poniekąd za wiadomy rozwój sytuacji znanej z „Miasteczka Twin Peaks”.  Dziennik stworzony przez Jennifer Lynch ma konstrukcję eskalacyjną, być może zbliżoną do procesu dojrzewania: kolejne strony książki wzmagają napięcie tak, aby w kulminacyjnym momencie pozostawić odbiorcę z cały ciężarem emocjonalnym bohaterki, wraz z jednoczesnym podsycaniem ciekawości: kim jest BOB? kto zabił dziewczynę? Czytelnik niczym serialowy Dale Cooper próbuje rozwikłać zagadkę, której rozwiązanie zdaje się być na wyciągnięcie ręki – jednak nic z tego: w dzienniku Laury brakuje wielu stron, BOB chichocze złowieszczo, Escobar w dalekiej Kolumbii liczy zyski z amerykańskiego rynku koki, las jest ciemny, a sowy krążą coraz niżej…

Wznowienie przez wydawnictwo Znak Literanova „Sekretnego dziennika Laury Palmer” zbiegło się z emisją trzeciego sezonu „Twin Peaks”, nakręconego ostatnio przez Davida Lyncha ponad dwadzieścia lat po premierze pierwszej, bestsellerowej serii. Cieszy mnie bardzo zarówno powrót serialu, jak i książki: poprzednie polskie wydanie z lat 90. niemal całkowicie zniknęło z księgarskiego rynku, a ja sama będąc nastolatką czytałam je – jako fanka Lynchowskiej twórczości – w formie przekazywanych sobie wśród znajomych „kserówek”. Czy „Sekretny dziennik Laury Palmer” był naszym „Buszującym w zbożu”? Być może, w końcu zapiski bohaterki zdają się szokować po dzień dzisiejszy, a serial doczekał się własnego, twinpeaksowskiego fandomu, który, jak pokazuje popularność najnowszej serii, ma się dobrze również obecnie. Tak czy inaczej – książka ta z pewnością ucieszy miłośników reżysera, a tym czytelnikom, którzy czują w sobie psychologiczne zapędy i lubią podłubać w ciemnych zaułkach ludzkiej duszy, sprawi zapewne tak samo wiele radości, co Lynchomaniakom.  Ja czytając balansowałam pomiędzy obrzydzeniem a „zacieszem” – znaczy się, jest dobrze.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova




Autor: Jennifer Lynch
Wydawnictwo: Znak Literanova, Kraków 2017
Ilość stron: 222


Ocena recenzenta (ale z dużym sentymentem do lat młodości): 6/6




22 marca

Tajemnice pustyni

„– Jest coś, co upiększa pustynię – rzekł Mały Książę.

– To, że gdzieś kryje się w niej studnia [1].”
Do twórczości Erica-Emmanuela Schmitta mam stosunek bardzo ambiwalentny. O ile niektóre z jego powieści uwielbiam za literacką błyskotliwość, przenikliwość życiową i niebanalną fabułę (tu koniecznie muszę przywołać znakomity „Przypadek Adolfa H.” [2]), o tyle inne potrafiły mnie nużyć zbędnie filozoficzną, nieco przeintelektualizowaną narracją (chociażby taką jak w „Ulissesie z Bagdadu”[3] czy „Kiedy byłem dziełem sztuki”[4]). Ryzykowne jest to stwierdzenie, zważywszy na ogromną popularność francusko-belgijskiego pisarza w Polsce: na rodzimym rynku wydawniczym każde wydanie powieści Schmitta automatycznie osiąga miano bestselleru, a o estymie, jaką darzą autora nadwiślańscy czytelnicy świadczyć mogą chociażby Facebook’owe wyzwania, takie jak „Przeczytam wszystkie książki Erica-Emmanuela Schmitta w 2017 roku”. Jak zatem w tak wymagającej perspektywie wypada najświeższa, wydana w listopadzie 2016 roku książka pisarza?


„Noc ognia”, gdyż o tej literackiej miniaturze tutaj mowa, mogłaby być pierwszą książką Schmitta, którą należałoby polecić nieznającym jego twórczości. Jest to bowiem króciutka historia, opisująca – zapewne biograficznie, gdyż sporo faktów pokrywa się z życiorysem autora – wyprawę przez algierską pustynię do Pustelni Assekrem: miejsca egzystencji Charlesa de Foucauld, myśliciela, filozofa, etnografa i etnolingwisty, zajmującego się badaniem rodzimych zwyczajów koczowniczych plemion Tuaregów. Nieco abstrakcyjnym motywem przewodnim jest konieczność pozyskania materiałów do filmu o Foucauldzie, którego scenarzystą – dość zresztą przypadkowo – zostaje bohater (będący, niczym autor, z zawodu filozofem, noszącym również tożsame imię Eric). Jako że wiadomo nie od dzisiaj, iż bezkres pustyni sprzyja filozoficznym rozważaniom – bohater podczas wyprawy rekonstruuje swoje życie, gubi się, odnajduje, odkrywa boską obecność, wreszcie – rozpoznaje swoje powołanie jako tego, który niesie ludziom pisane słowo.

Czytając tę książkę nie da się uciec od charakterystycznych dla twórczości Schmitta kontekstów biblijnych (uczestników wyprawy jest dwanaścioro, niczym dwunastu Apostołów, przemiana bohatera odbywa się na górze Tahat – której nazwa oznacza „filar nieba”, 2 dni – a więc zapewne około 40 godzin – niczym 40 dni Chrystusowych Eric przebywa na pustyni samotnie), intertekstualnych (oczywiste i wielokrotnie przywoływane są Schmittowskie nawiązania do Saint-Exupéry’ego: w „Nocy ognia” mamy chociażby żmiję na pustyni, spotkanie z którą może skończyć się w metaforycznym, usianym gwiazdami niebie), czy filozoficznych (bohater nawiązuje do Pascala i Heideggera). Pierwszoosobowa narracja w pierwszej chwili przywodzi na myśl dziennik z podróży lub reportaż, jednakże głębsza analiza tekstu skłania się bardziej ku moralnemu traktatowi, posiadającego finalne przesłanie odnalezienia – niczym źródła wody na wyschniętej i jałowej pustyni – wiary, euforycznie pojmowanej jako fontanna wiecznego szczęścia i spokoju. W tle nawrócenia bohatera rozbrzmiewa dyskurs pomiędzy racjonalizmem a instynktownym dążeniem do Boga, jednakże Eric wypracowuje sobie swój własny, niezależny od obydwu stron konsensus: siłę swojej ufności w Najwyższego pokłada w bezpośrednim Jego spotkaniu.

               „Noc ognia” jako mikropowieść filozoficzna niesie za sobą przesłanie, iż nie należy poddawać się żadnemu zwątpieniu w podążaniu wytyczonymi przeznaczeniem ścieżkami losu. Pokazuje także, iż człowiek może doznać oświecenia w najmniej spodziewanym dla siebie momencie, i, podobnie jak bohater książki – odkryć Absolut w pozornej pustce. Wydawnictwo Znak Literanova przy publikacji „Nocy ognia” sprawiło czytelnikom dodatkową motywację do własnych, duchowych poszukiwań, pozostawiając w książce puste stronice, przeznaczone do spisania własnej opowieści lub historii. Fani twórczości Erica-Emmanuela Schmitta z pewnością są zachwyceni. Fani Paolo Coelho – zapewne też.  

[1] Antoine De Saint-Exupéry: Mały Książę. Wydawnictwo ALGO, Toruń 2010, s. 64.
[2] Eric-Emmanuel Schmitt: Przypadek Adolfa H. Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2012.
[3] Eric-Emmanuel Schmitt: Ulisses z Bagdadu. Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.
[4] Eric-Emmanuel Schmitt: Kiedy byłem dziełem sztuki. Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2014.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova :)



Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł: Noc ognia
Tłumaczenie: Łukasz Müller
Wydawnictwo: Znak Literanova, Kraków 2016

Liczba stron: 176

21 marca

W DOMU NAJLEPIEJ... CZYLI INDYJSKA OPOWIEŚĆ O PRZEZNACZENIU

„(…) dwóch mężczyzn zainteresowało się, co tu robię, i ten drugi – na oko trzydziestopięcioletni, dobrze mówiący po angielsku – obejrzał zdjęcia, kazał mi zaczekać, a potem poszedł dokądś ulicą. Nie miałem zbyt wiele czasu, żeby się zastanowić, co się dzieje. Ciekawscy już zaczęli zbierać się wokół nas zaintrygowani obecnością cudzoziemca na ulicach nigdy nieodwiedzanych przez turystów.

 Po kilku minutach mężczyzna wrócił i wypowiedział pamiętne słowa:
– Chodź. Zaprowadzę cię do matki.[1]”
Źródło Inst MCB

Jak się czuje pięciolatek, który zgubił drogę do domu? Saroo, mały Hindus, który wraz ze starszym bratem udał się na wyprawę do sąsiedniego miasteczka odczuł to na własnej skórze. Pozostawiony na dworcu z przykazem oczekiwania na nastolatka załatwiającego swoje interesy (zapewne mające na celu zorganizowanie żywności lub pieniędzy) usnął na ławce na peronie. Obudziwszy się w środku nocy, zdezorientowany, pozbawiony opieki, wsiadł do stojącego przy peronie pociągu, z nadzieją, że wraca on do jego rodzinnej miejscowości. Oczywiście – było wręcz odwrotnie: pociąg skierował się do oddalonej o 1600 kilometrów Kalkuty. Samotny, głodny pięciolatek w latach 80 w mieście podziałów klasowych i wszechobecnej biedy? To nie mogło skończyć się dobrze… A jednak.

Opowieść Saroo, spisana w 2010 roku, to rekonstrukcja jego losów z punktu widzenia trzydziestokilkulatka, adoptowanego jako dziecko przez rodzinę z Australii. Wychowując się większość życia na Tasmanii Brierley czuje się Australijczykiem, jednakże cały czas nie daje mu spokoju świadomość istnienia utraconej rodziny. Mimo całej miłości, jaką darzy swoich adopcyjnych rodziców postanawia odnaleźć swoje korzenie w dalekich, opuszczonych przed laty Indiach. Nie jest to jednak łatwe: za pomoc służą mu jedynie zamglone wspomnienia pięciolatka, na podstawie których ani indyjskie służby, ani ośrodek adopcyjny nie mogły natrafić ani na miejscowość, z której mógłby pochodzić chłopiec, ani tym bardziej na jego rodzinę. Z pomocą przychodzą mu dopiero… najnowsze technologie: Google Earth i Facebook.

Wzruszającą część książki stanowi opis podróży dorosłego już Saroo do Indii, i spotkania z jego biologiczną rodziną: przejmująca jest zwłaszcza niezachwiana pewność Kamli, matki chłopca, w to, że syn żyje, i z pewnością kiedyś powróci (z tego powodu nie godziła się na przeprowadzkę do dość dobrze usytuowanej jak na indyjskie warunki córki, tłumacząc, iż musi pozostać w miejscu swojego dotychczasowego zamieszkania, gdyż Saroo po powrocie nie będzie mógł jej odnaleźć). Znamienny tutaj jest brak dysonansu tożsamościowego Brierleya: przez cały czas twierdzi, że czuje się Australijczykiem – po prostu ma dwie rodziny. Odnalezienie biologicznej matki nie zmienia niczego w podejściu Saroo do adopcyjnych rodziców: przez cały czas w swojej opowieści podkreśla swoją miłość do nich i wdzięczność za to, że zdecydowali się go przyjąć do swojej rodziny. Rzeczywiście: gdyby nie dobroć wielu osób, które Brierley spotkał na swojej drodze jako dziecko, zapewne nie udałoby mu się – samotnemu pięciolatkowi pozostawionemu na ulicach Kalkuty – przetrwać.

Zdumiewające są nici przeznaczenia, które wyznaczały losy Saroo Brierleya. Jednakże Saroo (w hindi Śeru – co oznacza „lew”, „walczący”) całą swoją historią pokazuje, że wiara i pewność w rzeczy pozornie niemożliwe sprawiają, że możemy osiągnąć wszystko. Nawet, jeżeli byłoby to oddalone o 10 tysięcy kilometrów.



Na podstawie książki „Lion. Droga do domu” powstał film o takim samym tytule, z rewelacyjną rolą Deva Patela, znanego ze „Slumdoga. Milionera z ulicy”. Film otrzymał 6 nominacji do Oscara, i warto go – oczywiście po przeczytaniu książki – zobaczyć. Ta historia rzeczywiście jest tak niewiarygodna, że aż prosiła się o ekranizację.

[1]Saroo Brierley: Lion. Droga do domu. Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2016, s. 184



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova ❤







Autor: Saroo Brierley
Tłumaczenie: Małgorzata Kafel
Wydawnictwo: Znak Literanova, Kraków 2016

Liczba stron: 272

07 lutego

Królestwo nie z tego świata

Kto nie pamięta historii,
skazany jest na jej ponowne przeżycie.
George Santayana

Zofia Posmysz – pisarka, dziennikarka radiowa, autorka  – miedzy innymi – popularnego słuchowiska „W Jezioranach” i książki, na kanwie której powstał scenariusz głośnego filmu Andrzeja Munka „Pasażerka”. Więźniarka Auschwitz i Ravensbrück, rocznik 1923, obozowy numer 7566. W momencie wybuchu II wojny światowej miała niecałe 17 lat, w momencie osadzenia w obozie – 19; w chwili przeprowadzania właśnie opublikowanych wywiadów – 93, i… pogodę ducha niedostępną dla niejednego młodego człowieka. „Królestwo za mgłą” jest pokłosiem rozmów przeprowadzonych wiosną 2016 roku podczas szesnastu spotkań z Michałem Wójcikiem, historykiem i dziennikarzem, konsekwentnie docierającym do niewielu już naocznych świadków II wojny światowej (rozmawiał między innymi z Lucjanem Wiśniewskim ps. „Sęp”, jednym z „likwidatorów” Kedywu AK, co zaowocowało późniejszym wydaniem książki „Ptaki drapieżne”*).
Zofia Posmysz okazała się być rozmówczynią bardzo, jak na swój wiek… zabieganą: w chwili obecnej konsultuje zagraniczne realizacje opery „Pasażerka”, uczestniczy w wielu memoriałowych spotkaniach, często skierowanych do młodzieży, wyjeżdża, telefonuje, pisze… W tej pracowitej, serdecznej, uśmiechniętej staruszce ciężko jest zobaczyć bitą, poniżaną, maltretowaną więźniarkę Auschwitz. Tylko ten wytatuowany numer… Tylko ta opowieść. Tylko jej książki...

Od wielu wspomnień obozowych, które na szczęście dla ludzkości są pieczołowicie zbierane, wspomnienia Posmysz różnią się optyką. O ile bowiem dość dokładnie wiadomo, jak wyglądała codzienność osadzonych w Auschwitz, tak rzadko spotyka się zapis rozmaitych emocji i postrzegania tamtejszych realiów z perspektywy  więźnia, który w obliczu zagrożenia nie zatracił swojej intelektualnej przytomności na rzecz wszechobecnego wśród ofiar marazmu. W przypadku Posmysz za taki stan rzeczy odpowiadać mogła zarówno dająca pewność przetrwania wiara, na którą bohaterka zresztą często się powołuje, jak i specyfika charakteru, który uporczywie nie dawał za wygraną w myśl nieco kolokwialnej zasady „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”. Całkowicie nowatorska jest także ambiwalentna recepcja, bądź co bądź – obozu zagłady, w baśniowej formie interpretacyjnej**: wykorzystane w tytule książki, rządzone przez obłąkanego króla Królestwo Rycerzy Trupiej Czaszki, do którego można było dotrzeć jedynie sunącymi przez Mgłę (dym?) widmowymi pociągami, to oswajana wizja obozu śmierci; wizja zneutralizowana, nadająca i tak nierealnej w pojęciu ówczesnego człowieka rzeczywistości rysów znajomej, choć groźnej baśni, próba nazwania nienazwanego. Zachodzący tutaj dualizm ontologiczny obala niejako Hartmannowskie rozróżnienie przedmiotów doświadczenia: realne stało się niewyobrażalne, dlatego w jego miejscu pojawiło się to, co irracjonalne. Istniejące jedynie w wymiarze transcendentalnym Królestwo bliskie staje się zatem realizacji poglądów Ingardena, który twierdził, że „im więk­szy kładzie się nacisk na transcendencję real­nego świata w przeciwstawieniu do immanentnie dokonujących się przeżyć doświadczenia, im bardziej zdecydowanie podkreśla się rady­kalną różność immanentnej sfery czystej świa­domości i transcendentnej sfery realnego świata (...), tym głośniej odzywa się wątpli­wość, czy sensy przedmiotowe ukonstytuowa­ne w immanencji odpowiadają adekwatnie te­mu, co w danym wypadku faktycznie istnieje”***. Takie solipsystyczne widzenie obozowej rzeczywistości niewątpliwie wspomagało codzienną obozową egzystencję, a przeniesienie jej w transcendentalny wymiar prawdopodobnie umożliwiło – przynajmniej w przypadku Posmysz – przetrwanie najcięższych momentów.
Ważnym elementem wspomnień Zofii Posmysz są osoby, które spotkała w obozach: z imienia i nazwiska (jakaż niesamowita pamięć u 94-letniej staruszki!) pojawiają się w nich zarówno Polacy, Żydzi i Niemcy, z czego należy podkreślić, że nawet w przypadku tych ostatnich Posmysz nie używa jednoznacznie negatywnych sformułowań. Postacią, którą bohaterka przywołuje najczęściej, jest Anneliese Franz, przełożona Posmysz, uwieczniona przez nią później w postaci Aufseherin Lisy w „Pasażerce” – we wspomnieniach jawi się ona nieco inaczej, niż w filmie Munka, któremu przypisywano (jak się okazuje, zbyt pochopnie) wizualizowanie homoerotycznych relacji panujących w obozach.
Dla rodzimej historii ważna jest pojawiająca się w opowieści Zofii Posmysz osoba kapitana Tadeusza Paolone-Lisowskiego, jednego z czołowych organizatorów wewnętrznego ruchu oporu na terenie obozu w Auschwitz: bohaterka miała okazję spotkać go osobiście; została obdarowana przez niego medalikiem (zachowała go zresztą do dzisiaj), i – być może – okruchem uczucia, o ile taki w ogóle mógł zaistnieć za kratami obozu śmierci. Lisowski nie przeżył osadzenia; został stracony w 1943 roku w wyniku podejrzeń esesmanów odnośnie wyzwoleńczych spisków w Auschwitz (wraz z nim stracono pułkownika Teofila Dziamę).
Warto zaznaczyć, że Posmysz nie obwinia nikogo za zaistniały stan rzeczy: nawet opisując zachowania hitlerowców (chociażby Unterscharfürera zwanego Köpfchen) unika bezpośrednich pejoratywnych określeń, wręcz czasami zastanawiając się nad ich dalszymi, powojennymi losami. Oczywiście, zachowany zostaje paradygmat kata i ofiary, jednakże Posmysz w całym swoim szacunku dla człowieka – nawet najgorszego – stara się go nie oceniać, a tym bardziej nie wydawać wyroków, które w jej mniemaniu i tak spoczywają w rękach Najwyższego. Cichy, pozbawiony nienawiści głos bohaterki stanowi ważny kontrapunkt dla dzisiejszego dyskursu o Holokauście, zwłaszcza umiejscawianego w perspektywie ogólnoeuropejskiego odrodzenia ruchów nacjonalistycznych i powszechnego zapomnienia bądź ignorancji Zagłady (spod znaku #Yolocaustu czy krzywdzącej retoryki „polskich obozów koncentracyjnych”). Posmysz poprzez taki rodzaj narracji pokazuje, jak ważna jest pamięć i jej kultywacja, bez jednoczesnego epatowania postawą ofiary: to przejmujący przykład pogodzenia się z losem, przy kategorycznym braku zgody na historyczną amnezję charakteryzującą kolejne pokolenia.

„Królestwo za mgłą” to książka, po którą powinni przede wszystkim sięgnąć ludzie młodzi: nie tylko ze względu na prymarny obowiązek kultywacji pamięci, ale również po to, żeby zobaczyć, jak – i jakim językiem (w dzisiejszej epoce tzw. „hejtu”, uprzedzeń i nienawiści wobec drugiej osoby) można mówić o rzeczach bolesnych. Jako przesłanie wypływające z opowieści Posmysz należy również traktować pokazanie niezachwianej wiary i pokory wobec niebagatelnych (wojna!) przeciwności losu, w perspektywie których dzisiejsze problemy jawią się niczym błahostki. „Królestwo za mgłą” aktualnie pretenduje do najważniejszych książek roku 2017, a warto także nadmienić, że Znak Literanova planuje wznowienie powieści pisarki (za chwilę ukazują się „Wakacje nad Adriatykiem”). Lektury – z wielu przyczyn – obowiązkowe.


*Emil Marat, Michał Wójcik: „Ptaki drapieżne. Historia Lucjana „Sępa” Wiśniewskiego”. Znak Literanova, Kraków 2015.
**„Autorką” baśniowej perspektywy była Zofia Jachimczak, numer obozowy 7546, zwana „Ptaszką” – przyjaciółka Posmysz z pierwszego roku osadzenia. Jachimczak nie przeżyła obozu.
***Roman Ingarden: „Spór o istnienie świata”. T. 1, PWN, Warszawa 1987, s. 29 – 30.



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova 💓








Autor: Zofia Posmysz, Michał Wójcik
Wydawnictwo: Znak Literanova, Kraków 2017
Liczba stron: 416

11 października

Pani Furia, co się wku...a*

„Pani Furia” – powieść, którą można śmiało okrzyknąć zaskoczeniem roku rodzimego rynku wydawniczego. Podczas czytania wielokrotnie zamykałam tę książkę, aby sprawdzić nazwisko na okładce – tak, za każdym razem niezmiennie była to Grażyna Plebanek, i za każdym razem nie mogłam uwierzyć, że TAKĄ książkę napisała polska autorka, która przez wiele lat kojarzyła się z niezłą, choć mało odkrywczą literaturą kobiecą. Bohaterką książki jest bowiem czarnoskóra, mieszkająca w Brukseli córka kongijskich emigrantów z Kinszasy, która w samym centrum Europy styka się zasadniczo ze wszystkimi zagrożeniami współczesnego świata.

Plebanek w swojej książce porusza w tym kontekście najbardziej aktualne tematy: problemy z nielegalnymi imigrantami, cyberprzemoc, pornografię, aborcję i ograniczone prawa kobiet, bezkarność policji, nadużywanie władzy, handel narkotykami, fikcyjne małżeństwa, przemyt ludzi, społeczne piętnowanie obcości, nietolerancję… Na 360 stronach powieści udało się zamknąć niemalże wszystko, z czym zmaga się dzisiejsza multikulturalna Europa. W tej perspektywie niebywale uderzający jest kontrast pomiędzy pojawiającym się w powieści afrykańskim folklorem, a zdegenerowanym światem rzekomo „lepszej”, bardziej zaawansowanej rozwojowo cywilizacji Zachodu: podjęcie decyzji, która społeczność posiada głębsze wartości moralne, mimo pozornej ich dysproporcji zdaje się być wyjątkowo proste.


Czytając  „Panią Furię” instynktownie przypisywałam jej autorstwo jakiejś ciemnoskórej anglojęzycznej pisarce: bez najmniejszego problemu tę książkę mogłyby napisać Zadie Smith czy Toni Morrison, znane z zaangażowanych społecznie powieści z pierwszoplanowymi silnymi postaciami kobiecymi. Alia, tytułowa bohaterka, swoje imię otrzymała na cześć Muhammada Alego – pięściarza, którym po jego zwycięskiej walce w Kinszasie nad ówczesnym mistrzem wagi ciężkiej Georgem Foremanem zafascynowany był ojciec dziewczynki. Wraz z imieniem dziecko nierzadko otrzymuje swoje przeznaczenie: fakt ten posiada odzwierciedlenie także w książce Grażyny Plebanek. Alia zostaje bowiem młodocianą kickbokserką, co niebywale przydaje jej się w późniejszym, życiu, a zwłaszcza w pracy w belgijskiej policji, założeniowo wymagającej – zwłaszcza od dziewczyny – dużej sprawności fizycznej. Kreacja głównej postaci na bohaterkę – wojowniczkę stawia ją w opozycji do otaczającego nietolerancyjnego świata, i automatycznie sugeruje konieczność kobiecej walki o przetrwanie, przede wszystkim w negatywnie nastawionych do imigrantów środowiskach: Alia od dziecka za pomocą nieugiętej postawy musi mozolnie przecierać swoje szlaki, zarówno wśród szkolnych rówieśników, jak też w dorosłej karierze zawodowej.


W powieści nie brakuje również polskich akcentów: wśród bohaterów drugoplanowych mamy policjanta Mariusza, patrolowego partnera Alii, i Marzenę, przyjaciółkę z lat szkolnych, której rodzice wyemigrowali z Polski w latach osiemdziesiątych – w poszukiwaniu lepszego  życia, a może i (tak bardzo pożądanej wówczas) wolności. Plebanek opisuje jednak postacie Polaków ze sporym dystansem, upraszcza je, czasem nawet stosuje dyskretny pryzmat pewnych stereotypów zakorzenionych na Zachodzie, często obecnych w literaturze obcojęzycznej  – stąd też między innymi wrażenie, że autorką książki musi być pisarka zagraniczna.

Podstawą fabuły „Pani Furii” są jednak wewnętrzne relacje w małych społecznościach. Alia zostaje nakreślona przede wszystkim na tle swojej kinszaskiej rodziny, z którą więzi okazują się być silniejsze niż konwenanse czy prawo, a potrzeba zjednoczenia jest potrzebą prymarną, zwłaszcza w perspektywie kulturowego wyobcowania. Tu bohaterka może względnie pozostawać sobą, w przeciwieństwie do innych środowisk, w których się obraca: w pracy (mimo wewnętrznej niezgody na wiele kwestii) musi przybierać maskę twardej, bezwzględnej policjantki, w środowisku emigranckiej diaspory przybiera z kolei odziedziczoną po ojcu postać „Gawędziarki z Kinszasy”, próbującej ocalić w opowieściach swoją etniczną tożsamość. Jednak w jej wnętrzu dojrzewa tytułowa „Pani Furia”, karmiona przez wiele lat gniewem i samotnością, i coraz bliżej jest do jej narodzin: wściekłość narasta…

Czy Alii uda się przebudzić?

 *Cyt. za: Grażyna Plebanek: Pani Furia. Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2016, s. 192.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova:






Autor: Grażyna Plebanek 
Tytuł: Pani Furia
Wydawnictwo: Znak Literanova, Kraków 2016
Liczba stron: 360

28 września

Dramat w dwóch aktach, czyli do czego mogą prowadzić niedomówienia

Obsada:

On: Lancelot – Lotto – Satterwhite. Aktor za młodu brylujący na scenach grywających najsłynniejsze sztuki Szekspira, łamacz serc nastoletnich fanek teatru, ekscentryczny artysta żywiący się podziwem innych i swoją domniemaną wielkością, uwielbiany, rozchwytywany dramatopisarz, wyklęty spadkobierca olbrzymiej fortuny. Od dwudziestego drugiego roku życia mąż tej samej żony, Mathilde.

Ona: Mathilde – Aurelie – Satterwhite, z domu Yoder. Chłodna, tajemnicza studentka, niezbyt lubiana przez zazdrosne koleżanki. Podziwiana żona swojego męża, obiekt rozmaitych plotek i domniemań. Być może kochająca. Być może – wyrachowana.

Pozostałe osoby dramatu/chór: Chollie, Danica, Ariel, Rachel, Samuel, wszyscy przyjaciele przewijający się przez niezwykle gościnny dom Satterwhite’ów, krytycy, wydawcy, aktorzy, twórcy.


Rodzina.



Tam, gdzie powieść psychologiczna łączy się małżeńskim węzłem z dramatami Szekspira, rodzi się „Fatum i Furia” Lauren Groff – najlepsza powieść amerykańska 2015 roku według Baracka Obamy. Trudno nie zgodzić się z amerykańskim prezydentem, znanym ze swojego wysmakowanego gustu czytelniczego: Groff w swojej książce brawurowo integruje problematykę zawartą w XVI-wiecznej literaturze ze współczesnymi, przejmująco nowoczesnymi realiami. Więcej nawet - w powieści wyraźnie ujawniają się metaforyczne nawiązania do konkretnych dzieł brytyjskiego dramatopisarza*, a dzięki temu intertekstualnemu zabiegowi współczesny czytelnik może łatwo się przekonać o tym, że rzekomo odległe (w końcu pochodzące sprzed pięciu wieków!) problemy uwiecznione przez Szekspira są nadal aktualne.

Autorka wypełnia przestrzeń w tle skąpymi didaskaliami; zasada trzech jedności: czasu, miejsca i akcji, w której współfunkcjonują małżonkowie, przeplata się tu ze skrupulatnie ukrywanymi przed drugą połówką retrospekcjami. Całość fabuły, niczym teatralna sztuka opiera się przede wszystkim na zagmatwanych relacjach pomiędzy bohaterami. Ich zachowania niemal dokładnie odzwierciedlają Szekspirowskie charaktery z wybranych dramatów: postacie Groff przejawiają skomasowane cechy większości kreacji angielskiego pisarza. W „Fatum i Furii” jednocześnie spotkać można hamletyzującego artystę, żądną krwi małżonkę Makbeta, matkę, która niczym król Lear niezbyt sprawiedliwie dzieli majątek, syna – bękarta…  U Szekspira rozjuszony Otello najpierw w szale zazdrości dusi żonę, po czym sam popełnia samobójstwo: w powieści Groff przywołany dramat stanowi przede wszystkim przewrotną przenośnię życia Lotta i Mathilde: jej – Desdemony, metaforycznie „zduszonej” i stłamszonej w dzieciństwie oraz późniejszym życiu z wymagającym małżonkiem, i jego – Maura, którego zabijają nieustannie potrzebujące podsycania wewnętrzne ambicje. Za sprawą podszeptów i intryg wyrachowanego znajomego mąż zaczyna podejrzewać wierną mu żonę o zdradę; Chollie – niczym podstępny Jago z „Otella” perfekcyjnie burzy wieloletni małżeński spokój, zasiewając tym samym w czytelniku tożsame z Lottem poczucie niepewności i bycia oszukanym. W innym miejscu powieści dochodzą do intertekstualnego głosu Szekspirowscy „Dwaj panowie z Werony”: Groff za pomocą swoich bohaterów i ich stałej grupy przyjaciół obrazuje  zależności pomiędzy miłością a przyjaźnią, i próbuje diagnozować wyższość jednej relacji nad drugą: warto przytoczyć tutaj postawy notorycznie zakładających się przyjaciół Lotta i Mathilde o to, ile jeszcze wyżej wymienieni wytrzymają w związku małżeńskim. Zadziwiająco Mathilde okazuje się być tutaj Petruchiem z „Poskromienia złośnicy” – wydaje się, że jest gotowa dla poprawienia swojego statusu materialnego wyjść za każdego mężczyznę, który jest w stanie jej zapewnić godziwy byt. Ale czy tak jest na pewno?


*******

Żadna z postaw bohaterów „Fatum i Furii” nie jest jednoznaczna: każdy z problemów przedstawionych na kartach powieści ma swoje drugie dno, które odkryć pozwala jedynie zweryfikowanie go poprzez obustronny ogląd. Stąd też podział książki na dwie części – życie widziane oczyma Lotta, i to samo, lecz z perspektywy Mathilde – ten prosty zabieg literacki paradoksalnie dekonstruuje całą instytucję małżeństwa, pokazując wszystkie jego zagmatwane niuanse poprzez pryzmat tajemnicy i niedomówienia. Czytelnik niczym doświadczony psychoanalityk ma okazję zdiagnozować problem, wysłuchać obydwu stron, wreszcie – podjąć jakiś osąd, i znaleźć rozwiązanie. Nie da się tego jednak zrobić bez emocji – książka Groff  wzburza, drażni, a bohaterami niejednokrotnie ma się ochotę przysłowiowo „potrząsnąć” aby pokazać im to, co niezauważone lub zignorowane.

Mimo wszystkich postszekspirowskich perypetii Lotto i Mathilde – niczym Beatrice i Benedict** – nie bacząc na nieubłagany upływ lat nieustannie się przyciągają. Finalnie „Fatum i Furia” to ubrana w szekspirowską poetykę przejmująca historia samotności dwojga ludzi, którzy mimo całego blichtru i otoczki sławy skazani są tylko na siebie – a tylko to ich trzyma przy życiu. Warto po tę książkę w tym roku sięgnąć: rzeczywiście jest ona novum literackim ze względu na intertekstualny i psychologiczny wymiar, ale jest też po prostu znakomitą powieścią, która zaspokoi najbardziej wyrafinowane czytelnicze  gusta. Barack Obama poleca. Ja również.

*Dla jaśniejszego odczytu powieści „Fatum i Furia” warto wcześniej chociaż pobieżnie poznać twórczość Williama Szekspira, chociażby tę zebraną w pięciotomowej edycji Państwowego Instytutu Wydawniczego (William Szekspir: „Dzieła dramatyczne”, t. 1 – 5. Oprac. S. Helsztyński, R. Jabłkowska, A. Staniewska, Warszawa 1980)

**Bohaterowie dramatu Szekspira „Wiele hałasu o nic”; por. pow. opracowanie.



Książkę otrzymałam do recenzji od redakcji portalu BiblioNETka, i to dla niego powstał powyższy tekst - dostępny tutaj.





Autor: Lauren Groff  
Tytuł: Fatum i Furia
Tłumacz: Mateusz Borowski
Wydawnictwo: Znak, Kraków 2016
Liczba stron: 428

20 lipca

Sztuka wyboru, czyli ramię w ramię z wrogiem


Paweł Bujnicki, dawny lwowski policjant dorabiający jako likwidator z ramienia AK, w 1942 roku radzi sobie całkiem dobrze. Względnie pozbierawszy się po utracie żony i córki, swoją złość na okupanta wyładowuje „dyskretnie sprzątając” rozmaitych wrogów ojczyzny – kapusi i konfidentów. Po jednej z akcji zwykle czujny  Bujnicki we własnym mieszkaniu wpada w zasadzkę zorganizowaną przez Bruno Lustenbergera – komendanta jednostki Gestapo w podkieleckim Dalesznie. Dziwnym trafem Niemiec nie planuje go zabić – wręcz przeciwnie: prosi o pomoc w odnalezieniu sprawcy morderstwa, którego ofiarą padł jeden z jego żandarmów. Okazuje się, że Paweł do tego przedsięwzięcia nie został wybrany przypadkowo – poleciła go jego dawna kochanka, która aktualnie jest utrzymanką Lustenbergera. Mężczyźni wyruszają w drogę, jednak czasu nie ma zbyt wiele… Za pięć dni, jeżeli zabójca się nie ujawni, hitlerowcy przeprowadzą krwawy odwet na polskiej ludności cywilnej.
Kim jest morderca? Dlaczego Bruno działa w polskiej sprawie? Co ukrywa Chaja – Hania, towarzysząca Pawłowi niczym cień Żydówka? Wreszcie – czy Bujnickiemu uda się odzyskać miłość Ireny?




Książka Artura Baniewicza w inteligentny sposób łączy znakomicie skonstruowany kryminał z powieścią obyczajową o realiach drugiej wojny światowej. Wyraziście nakreślone postacie bohaterów doskonale obrazują moralną niejednoznaczność tamtych czasów i konieczność dokonywania nierzadko kontrowersyjnych wyborów, często w imię wyższego celu. Autor łamie tym samym stereotyp „dobrego Polaka i złego Niemca”, przypominając, że nawet (a może zwłaszcza?) podczas wojny nic nie może być brane za pewnik.  Baniewicz sprawnie ilustruje także historyczne zaplecze powieści: wśród przewijających się przez karty książki postaci pojawiają się zarówno Polacy, Niemcy, Rosjanie jak też Żydzi czy Ukraińcy, a relacje między nimi odzwierciedlają stosunki panujące w społeczeństwie dotkniętym wojną. Autor jako kontekst przywołuje również wydarzenia tamtego okresu, często je parafrazując, zmieniając nazwiska bohaterów i precyzyjnie wplatając w fabułę powieści, co nadaje jej wrażenia autentyczności.

„Pięć dni ze swastyką” to powieść niezła także pod kątem narracji: spójna, niezwykle dynamiczna fabuła rzeczywiście przywołuje na myśl wojenne kino akcji*, intryga stopniowo się zagęszcza, a odnalezienie sprawcy morderstwa może nie jest odkrywcze, ale z pewnością zaskakuje. Mimo dość obszernego rozmiaru (654 strony!) książka nie nuży, a jej przeczytanie faktycznie może uprzyjemnić, w zależności od szybkości czytania, z „pięć dni”. Warto po tę pozycję sięgnąć – na rodzimym rynku powieści kryminalnych Baniewicz śmiało może w tym momencie stanąć po prawicy Miłoszewskiego.

*Andrzej Chyra, aktor,  na okładce książki zapewnia, iż „Będzie z tego dobry film!”

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak Horyzont





Autor: Artur Baniewicz
Wydawnictwo: Znak Horyzont, Kraków 2016           
Ilość stron: 654

04 lipca

#Jestę_Filozofę

..............................................................................................................................................................................................


.............................................................................................................................................................................................

„Kropki” to pisarski debiut Włodka Markowicza, znanego w Internetach jako bardziej brodata połowa vloga „Lekko Stronniczy”. Wydana przez Flow Books (Grupa Wydawnicza Znak) książka koresponduje z YouTube’owym autorskim filmem o tym samym tytule, a jej zamysłem jest przybliżenie widzowi/czytelnikowi życiowej filozofii popularnego twórcy.  Niestety, bliżej jednak mu do Coelho niż do Żiżka, chociaż sam pomysł na formę książki, konwergencyjnie scalającą muzyczny wszechświat autora* z jego przemyśleniami i sieciowym wizerunkiem, zdaje się być pewnego rodzaju wydawniczym novum.



Markowicz za pomocą prostych, nomen-omen - wypunktowanych checkpoint’ów**/*** przekazuje odbiorcy swoje osiągnięcia w zrozumieniu wszechświata: pokazuje (młodzieńczą) drogę do odkrycia prawd, którymi się kieruje w dorosłym życiu; opisuje proces dojrzewania i krystalizowania się w nonkonformistycznym nastolatku „prawd objawionych”, pokazuje osoby mające wpływ na kształtowanie się pewnych poglądów i idei****. Wszystko to wplata w biograficzne anegdoty: opowiada o dzieciństwie na Ukrainie, o dorastaniu w Polsce, buncie, który towarzyszy mu po czas obecny, o żonie, rodzinie, przyjaciołach. Ciekawym zabiegiem jest niejustowanie tekstu – autor nie próbuje na siłę sztucznie się „ugrzeczniać”; to, co napisał oddaje w ręce czytelnika w swojej jak najbardziej osobistej, „rozczochranej” wersji, pokazującej prawdziwą twarz Włodka Markowicza.

Stosowanie kolokwializmów i języka naturalnego dla Internetowych bywalców skraca dystans pomiędzy czytelnikiem a autorem - Markowicz pisze tak, jak mówi w swoich nagraniach. Ten typ narracji zapewne trafi przede wszystkim do młodzieży, będącej założeniowo docelową grupą przedsięwzięć kulturalnych typu vlog. Wartościowy i nienachalnie moralizujący przekaz jest zatem w tym wypadku olbrzymim atutem: dobrze byłoby, aby po tę książkę sięgnęli młodzi ludzie, zmagający się z rozmaitymi filozoficznymi problemami adolescencji - „Kropki” z pewnością mogą ułatwić im życie. Warto zajrzeć do tej książki również ze względu na specyficzną formę edytorską – jest naprawdę nieźle opracowana.

…a poza tym Włodek to fajny facet. ;)

...............................................................................................................................................................................................

*Każdy z rozdziałów ilustruje wybrany utwór muzyczny. Cała książka również została zaopatrzona w precyzyjnie dobraną przez Markowicza playlistę, odzwierciedlającą zarówno jego gust w momencie pewnych istotnych życiowych przemian, jak też pokazującą czytelnikowi (słuchaczowi?) czego na co dzień słucha popularny vloger. (Prywatna dygresja: jest to całkiem niezła muzyka. Osobiście Markowicza „kupuję” przez pryzmat jego playlisty.).
**Stosowanie sieciowego socjolektu  w wypadku recenzowania tej pozycji z pogranicza Internetu i literatury jest zaprawdę usprawiedliwione.
***Checkpoint – w grach komputerowych punkt zapisu lub osiągnięcia pewnego etapu/umiejętności; moment upgrade’u, zwiększenia skilla (tu: życiowego i emocjonalnego), osiągnięcie nirwany, spełnienia, samozadowolenia po męczącej walce z wszechobecnymi potworami (metafora życia ludzkiego!). Ważne! - point (ang.) = kropka.

****Wśród cytowanych autorytetów – Jimi Hendrix, Anna Dymna i… Aleister Crowley.
.................................................................................................................................................................................................

Książkę otrzymałam od Flow Books / Grupa Wydawnicza Znak 





Autor: Włodek Markowicz
Tytuł: Kropki                              
Wydawnictwo: Flow Books
Liczba stron: 360
Ocena recenzenta: 4/6

29 maja

Każdy ma jakiegoś Śpika…


…każdy jakieś hobby ma – chciałoby się po lekturze najnowszej książki Zośki Papużanki sparafrazować popularną w latach 90. piosenkę. I nieważne, że czasami tym hobby okazuje się być fascynacja tramwajami i rozkładem ich jazdy: dzieciństwo dzisiejszych trzydziestokilkulatków upływało pod znakiem nieustannego zadziwienia codziennością. Urodzeni około roku 1980 bez trudu odnajdą w tej nieco nostalgicznej prozie echo swoich przeżyć z okresu szkoły podstawowej lub średniej (na czele z przymusowymi bohaterami literackimi, z którymi wcale nie chcieli się utożsamiać), czy z pełnego kumpli boiska: z piłką na murawie, a nie na smartfonowym ekranie. Kto z czytelników malował wąsy Rejowi?

***

Na tle szarej, PRL-owskiej rzeczywistości Śpik wyróżnia się nader intensywnie: duży, niezgrabny, nieco spowolniony łobuziak, z którym nie mogą poradzić sobie dorośli. Dzisiaj zapewne zostałby zdiagnozowany jako dziecko z dysfunkcjami: ot, zapewne nieco autyzmu, dysgrafia, ale również wskazująca na zespół Aspergera hiperkalkulia i niemalże naukowe zainteresowanie jednym, specyficznym tematem. Na przełomie lat 70., 80. i 90. nikt jednak nie zawracał sobie tym głowy: problem trywializowała zarówno szkoła, jak i najbliższe otoczenie – dzieciak był głupawy, i tyle… Co z tego, że pod powłoką niezbyt lotnego wyrostka kryje się pewnego rodzaju wrażliwość. Sprawia kłopoty, więc należy go jakoś ujarzmić – na podwórku, w szkole, jak i późniejszym, pozaszkolnym życiu.

Jednakże powieściowy „ON” to nie tylko Śpik. To hybrydalny twór, składający się z dziecka i matki, nierozerwalnie związanej z mało udanym synem niewidzialną pępowiną: bez niej zginąłby, nie wiedząc jak oddychać. To ona, wiele lat po porodzie, bezustannie tłoczy w niego życiodajne siły, starając się obłaskawiać wrogą codzienność: nauczycieli, sąsiadów, kolegów. Postać matki Śpika to fascynująca kreacja kobiety ambiwalentnie zmagającej się zarówno z poczuciem winy, że właśnie przez nią jej dziecko nie jest tak idealne, jak sobie wymarzyła, jak też z heroiczną miłością, nakazującą dla dobra syna porzucić swoje pragnienia. Związek ten zdaje się być pewnego rodzaju wynaturzeniem; archetypiczna, opisywana przez Junga symbioza dziecka i jego rodzicielki [1] mijająca wraz z kolejnymi etapami dorastania i rozwoju, w tym przypadku zatrzymała się na etapie prenatalnym: Śpik nigdy do końca nie stał się autonomiczną jednostką, cały czas pozostając zależnym od matki. Determinuje to pewnego rodzaju samotność bohaterów i ich postrzeganie – w świetle tej pozornie intensywnej relacji obydwoje skazani zostają na napiętnowanie i społeczną marginalizację.

Ważną kwestią tej książki pozostaje zatem pytanie o stosunek społeczeństwa do osób odmiennych – nie tylko intelektualnie. Papużanka znakomicie przedstawia zarówno negatywne podejście do samego Śpika, jak też do jego matki, stygmatyzowanej (często w domyśle) jako „matka idioty”. Osadzenie ich historii w bliskim czytelnikowi, łatwym do autoadaptacji środowisku zmusza do zastanowienia oraz weryfikacji swojej postawy wobec inności i osób często niezauważanych lub traktowanych z niejaką wyższością jako „coś” gorszego. Autorka tym samym uczula na wszechobecną przezroczystość drugiego człowieka, który pomimo pewnych pozornych niedoskonałości może okazać się wartościową, i mimo wszelkich przesłanek – autonomiczną – jednostką.

Każdy z nas miał jakiegoś Śpika: czy to w klasie, czy w sąsiedniej klatce; spotkał go na podwórku lub w sklepie. „ON” nie jest wymyślony. Refleksja po lekturze Papużanki nasuwa się zatem oczywista: czy chciałbyś się utożsamić z bohaterem literackim?

…Odpowiedź uzasadnij.

[1] Carl Gustav Jung: „O naturze kobiety”. Wydawnictwo BRAMA, Poznań 1992, s. 36.


Książkę (z autografem Autorki!!) otrzymałam dzięki współpracy z portalem BiblioNETka.pl, i tam też można przeczytać niniejszą recenzję.







Autor: Zośka Papużanka
Tytuł: ON
Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2016
Liczba stron: 288


Ocena recenzenta: 6/6

08 maja

Ile jesteś w stanie przegrać?


"Ballada o drobnym karciarzu" to druga wydana w Polsce powieść docenianego brytyjskiego pisarza - Lawrence'a Osborne'a, porównywanego na okładkowym leadzie do Houellebecqa i Amisa. Nie do końca się z tą nieco szumną opinią Juliusza Kurkiewicza zgodzę - o ile w przypadku pozostałych pisarzy moralistyczny wydźwięk twórczości daje się odczuwać zarówno w warstwie samej narracji, jak i jej późniejszej recepcji, tak u Osborne'a (stawianego na tle TYCH akurat literackich tuzów) moralny wymiar zdaje się być raczej płytki i przewidywalny.

Lord Doyle, defraudator i finansowy przestępca, ukrywa się przed wymiarem sprawiedliwości w Makau - egzotycznej świątyni hazardu i rozpusty. Żyje tam z dość nietypowych inwestycji: to, co ukradł i ze sobą przywiózł, z różnym skutkiem lokuje w rozmaite hazardowe rozrywki, stając się w miejscowych kasynach postacią rozpoznawaną i... niebezpieczną. Jego ulubioną formą gry jest bakarat: doskonała passa w typowaniu dziewiątek pozwala mu zbić niemałą fortunę. Jednak główną namiętnością każdego hazardzisty jest ryzyko - do którego słabość posiada również Doyle. Skłonność ta nierzadko przysłania mu wszystko, co jest namiastką normalności: dla ryzyka i związanego z nim dreszczu emocji zdolny jest poświęcić związek z kobietą, przywilej dachu nad głową, zdolność utrzymania się i wyżywienia, wreszcie - zwyczajnie ludzkie poczucie przyzwoitości. W pewnym momencie traci wszystko... Czy dzięki temu uda mu się wyrwać ze szponów nałogu?

Książka Osborne'a stara się niejako obnażyć wnętrze człowieka dotkniętego chorobą hazardu: obrazuje jego rozterki (czy raczej ich brak), opisuje funkcjonowanie podporządkowane przede wszystkim nałogowi, wreszcie - diagnozuje problem, który okazuje się być równie niebezpieczny jak uzależnienie od narkotyków czy alkoholu. Jednocześnie "Ballada o drobnym karciarzu" z precyzją literacko uzdolnionego chirurga otwiera przed czytelnikiem nieznany świat kasyn, w których zadymionych wnętrzach ważą się ludzkie losy. 

Czy warto postawić w przypadku "Ballady..." na jedną kartę? Niech będzie zatem: as pik! Ale, drogi czytelniku, morał z książki Osborne'a jest jeden: ZAWSZE możesz przegrać. Niemniej - zaryzykować możesz. 



Autor: Lawrence Osborne
Tłumaczenie: Anna Gralak
Wydawnictwo: Znak Literanova, Kraków 2016
Ilość stron: 270








Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak Literanova:


24 marca

"Moje życie jest tylko kobiercem..." [1]



Mahtob Mahmoody, bohaterka książki „Tylko razem z córką”, po 30 latach napisała swoją wersję nominowanej do Nagrody Pulitzera powieści matki. Historia porwania Amerykanki i jej kilkuletniej córki przez wiele miesięcy utrzymywała się w czołówkach list bestsellerów – również w Polsce [2]. Teraz możemy poznać tę opowieść z perspektywy dziecka, nie do końca rozumiejącego przyczynę zaistniałej wtenczas sytuacji. Warto zajrzeć do tej książki; nie tylko po to, aby poznać inne spojrzenie na wydarzenia z opowieści Betty Mahmoody. To fascynująca historia ludzkiej niezłomności, ogromnej wiary i chęci przetrwania; wreszcie - rozliczenia z przeszłością i przebaczenia.

Czteroletnia Mahtob wyjechała z rodzicami do Teheranu w 1984 roku. Pozornie trywialne odwiedziny rodziny ojca zmieniły się w piekło: ukochany tato dziewczynki z dnia na dzień przemienił się w prawdziwego potwora, który uwięził ją i jej matkę w całkowicie obcym językowo i kulturowo kraju. Fakt ten zdaje się być tragicznym pokłosiem irańskiej rewolucji: metamorfoza Mahmoody’ego nastąpiła w momencie zradykalizowania się frakcji Chomeiniego [3], opowiadającej się za całkowitym powrotem dość liberalnego w latach 70. Iranu do ortodoksyjnej doktryny islamskiej. Betty wraz z córeczką stara się egzystować w tym nieprzyjaznym Amerykanom środowisku, w międzyczasie konstruując misterny plan ucieczki: trudny o tyle, że przede wszystkim musi zabrać ze sobą dziecko.

Tę historię znamy.

Opowieść Mahtob z tamtego okresu nie wnosi wiele nowego do wydarzeń znanych z ”Tylko razem z córką”: dziewczynka ze swojej perspektywy dość szczegółowo wspomina relacje w rodzinie ojca,  asymilację w środowisku miejscowej szkoły i wśród Teherańskich rówieśników, wreszcie – zabawy, w których uczestniczyła wraz z kuzynostwem czy tęsknotę za ukochaną, pozostawiona w kraju maskotką. Wszystko to wskazywałoby na normalne dzieciństwo… gdyby nie wielokrotnie przywoływana przemoc wobec matki oraz poczucie permanentnego strachu przed ojcem/oprawcą. Właśnie ten strach finalnie okazuje się być najistotniejszym, kluczowym zagadnieniem książki: to uczucie, które towarzyszy bohaterce przez całe jej życie od momentu ucieczki z Iranu. W tym momencie zresztą rozpoczyna się właściwa historia Mahtob Mahmoody: historia kilkulatki – dziewczyny – kobiety, dotkniętej traumą przemocy i widmem notorycznego zagrożenia. Opis życia „po Teheranie” to przejmująca opowieść osoby pozbawionej jakiegokolwiek poczucia bezpieczeństwa, co przekłada się zarówno na jej stan psychiczny, kontakty międzyludzkie, jak też codzienną egzystencję sparaliżowaną nieustannym lękiem przed ojcem. W tym okresie życia Mahtob wraz z matką 32 razy zmieniały miejsce zamieszkania – w nie do końca irracjonalnej obawie, że zostaną odnalezione i skrzywdzone bądź rozdzielone. Utrudniało to nie tylko codzienność – pod znakiem zapytania stawały także tak oczywiste rzeczy, jak chodzenie do szkoły czy późniejszy wyjazd na wymarzone, psychologiczne studia (znamienne, że ofiary przemocy często wybierają kierunki naukowe, mogące w pewien sposób objaśnić „mechanizmy”, którymi mogli kierować się ich oprawcy). Mahtob Mahmoody w tym kontekście jawi się jako osoba niezwykle konsekwentna i wręcz bohaterska w swojej walce z niewidzialnym wrogiem: pomimo ciągłego zagrożenia i choroby, która podstępnie wykorzystała jej zrujnowany przez stres organizm, udaje jej się ukończyć Michigan State University, podjąć pracę zawodową, i – przede wszystkim – nie zwariować. Definitywne rozstanie z poczuciem strachu następuje jednak dopiero w momencie śmierci ojca, którego autorka do końca stara się zrozumieć, a tym samym mu wybaczyć.

Pierwszoosobową narrację cechuje w wielu miejscach stronniczość obrazująca wyidealizowany obraz „jedynie słusznej” politycznie i religijnie Ameryki. Mahtob wielokrotnie podkreśla w tym kontekście ogromną i niezbędną dla przetrwania rolę wiary katolickiej w swoim życiu, powołując się na Biblię i opiekuńczą rolę Boskiej Opatrzności, która – w jej mniemaniu – chroniła ją zarówno przed ojcem, jak i indoktrynacyjnym wpływem islamskiego – negowanego – otoczenia. Głos racjonalizmu równoważący te skrajne postawy należy do wujka dziewczyny (tego samego, który dążył do jej porozumienia z ojcem, pełniąc rolę mailowego mediatora pomiędzy Mahmoodym a jego córką):

Uważam, że… religia jest przyczyną większości nieszczęść człowieka, niezależnie od tego, o jakiej religii mówimy. Gdybyśmy całkowicie zlikwidowali religię i przestrzegali jednej prostej zasady traktowania innych taki sposób, w jaki sami chcemy być traktowani, znikłaby potrzeba istnienia wszystkich religii i przyczyna ludzkich krzywd [4].


[1] Cytat z przytaczanego przez autorkę wiersza Benjamina Franklina "Tkacz".
[2]„Tylko razem z córką” Betty Mahmoody ukazało się nakładem Wydawnictwa Tenten w roku 1992.
[3] Por. np. hasło w Wikipedii „Irańska rewolucja islamska”.
[4] Mahtob Mahmoody: „Nareszcie wolna”, Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2016, s. 351.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova.





Autor: Mahtob Mahmoody
Tytuł: Nareszcie wolna. 
Prawdziwa historia uprowadzonej dziewczynki 
z bestselleru "Tylko razem z córką"
Tłumacz: Łukasz Müller
Wydawnictwo: Znak Literanova, Kraków 2016
Ilość stron: 392