Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty

08 marca

Feminizm w czarczafie


Bliski Wschód roku 2011. Tunezja tuż po „jaśminowej rewolucji” i obalonych rządach prezydenta Zajna Ben Alego. Libia po śmierci Mu’ammara al-Kadafiego. Egipt pod rządami Mubaraka, Liban – Hezbollahu. Zamieszki na granicy z Syrią, demonstracje na Kairskim Tahrirze. Tłem dla powieści Ece Temelkuran, tureckiej dziennikarki i publicystki jest „arabska wiosna”: wraz z działaniami wojennymi, wyrachowaną grą państw Zachodu [1] i przemianami społecznymi wpływającymi na osoby cywilne, ze szczególnym wskazaniem na oczekujące radykalnych zmian kobiety, uciskane zarówno przez dominującą w tamtejszym regionie religię islamską, jak i patriarchalną obyczajowość.  

„Taniec w rytmie rewolucji”[2] to historia szaleńczej podróży przez większość krajów objętych zamieszkami: trzy kobiety, przypadkowo poznające się w tuniskim hotelu wyruszają w nieznane pod wpływem niebywale charyzmatycznej, tajemniczej, podstarzałej kurtyzany – Madame Lilli. Cel ich podróży początkowo pozostaje niewyjaśniony; z czasem jednak przewodniczka uchyla rąbka intrygi, u podstaw której leży zawiedziona miłość i chęć zemsty na dawnym kochanku. Amira – tunezyjska tancerka, odrzucona przez rodzinę ze względu na kulturową ortodoksyjność, skrywająca niezwykłe uczucie do mężczyzny, który z jej powodu dokonuje religijnej przemiany; Maryam – krótkowłosa uniwersytecka historyczka z Kairu, specjalizująca się w miejscowych maternistycznych mitach, wypierająca na wszelkie sposoby swoją kobiecość; wreszcie – bezimienna opozycyjna dziennikarka z Turcji, powieściowe alter ego autorki: w odruchu niezidentyfikowanego, pierwotnego instynktu żeńskiej solidarności porzucają wszystkie swoje dotychczasowe sprawy, aby podjąć wyzwanie prowadzące ostatecznie do odkrycia… prawdy o samych sobie.

Książka Temelkuran dotyka niezwykle aktualnej kwestii: statusu kobiet na Bliskim Wschodzie, zarówno w kontekście przedrewolucyjnym, jak i po rzekomej „odwilży”, która w rzeczywistości nie przyniosła spodziewanej wolności, wyzwolenia się z religijnego radykalizmu szariatu i autodecydentalnych możliwości [3]. I bohaterki, i drugoplanowe kobiece postaci reprezentują w tym świetle różnie intensyfikowane postawy feministyczne: od nieświadomego pragnienia zmian w codzienności, po anarchofeministyczną potrzebę zaangażowanej walki, zarówno z mężczyznami, jak i panującym systemem. Zdają sobie jednak sprawę ze swojej przegranej pozycji, warunkowanej nieubłaganymi konwenansami: „Ściszałyśmy nasz śmiech, by nikt nas nie usłyszał, a on stawał się coraz bardziej szalony. Właśnie usłyszałyśmy czyjś krzyk w drzwiach. Jak wszyscy mieszkańcy Bliskiego Wschodu, święcie przekonani, że za każdą chwilę szczęścia czeka ich kara wcale się nie zdziwiłyśmy i natychmiast poczułyśmy się winne” [4] – pisze w zbiorowym imieniu autorka. Jej rola staje się w tym przypadku znamienna: to właśnie ona staje się nośnikiem głosu milionów zawiniętych w czadory i burki kobiet, które dotychczas tego głosu nie miały (i, mimo przemian, nie mają nadal). Temelkuran stwierdza nawet, że „My możemy mieć cos do powiedzenia tylko wtedy, gdy same spisujemy swoje opowieści” [5]. Dobitnie podkreśla to pozornie autonomiczną wspólnotowość mieszkanek krajów Wschodu: w zdominowanym przez mężczyzn świecie zdane są same na siebie, na swoje siostrzane, ciche wsparcie. W oczach Arabskich mężczyzn kobieta jest niczym; tylko osoba o podobnym statusie społecznym – inna kobieta – może ją zrozumieć. Stąd też w powieści Temelkuran bohaterki, których życiowym powołaniem jest konsekwentna praca na rzecz „sióstr”, i przekonanie tych,  „(…) które cały czas czują się bezwartościowe, że mają wartość” [6]. W opisach tej skomplikowanej rzeczywistości znakomicie sprawdza się dziennikarskie pióro autorki: „Taniec w rytmie rewolucji” to słaba powieść (zwłaszcza ze względu na przydługie i nużące interpretacje mitologicznych inskrypcji królowej-bogini Dydony oraz nieco infantylne listy kochanka Amiry), ale znakomity reportaż o życiu muzułmańskich kobiet na terenach ogarniętych bratobójczą wojną.

Okładkowa zapowiedź głosi, że powieść Ece Temelkuran to „Bliskowschodnia, egzotyczna wersja Thelmy i Louise”. Otóż nie – ta książka to najnowszy, furiacki „Mad Max” (z jego feministyczną perspektywą w pełni), prowadzący bohaterki poprzez ogarniętą wojną pustynię ku wolności. I podobnie jak ten (sześciooskarowy zresztą!) film zawierający wiele znakomitej scenografii i make-up’u – „Taniec w rytmie rewolucji” posiada niezbyt górnolotną fabułę, nie ujmującą przy tym niczego z jego brawurowego i prowokacyjnego spojrzenia na los bliskowschodnich kobiet. To mimo wszystkich minusów bardzo ważna pozycja wydawnicza, zwracająca uwagę na jeden z najbardziej aktualnych problemów świata. Należy koniecznie przeczytać.


[1] Por. Ece Temelkuran: „Taniec w rytmie rewolucji”. Wydawnictwo PWN, Warszawa 2015, s. 234
[2] Amira, jedna z bohaterek mówi w książce (nieświadomie nawiązując do anarchofeministki Emmy Goldman): „Po co mi rewolucja, skoro nie mogę tańczyć!”. Cytat j.w., s. 42; por. również Emma Goldman: „Anarchizm i inne eseje”, Wydawnictwo Oficyna Bractwo „Trojka”, Poznań 2015.
[3] Patrz: Aneta Wawrzyńczak: „Ciemna strona Arabskiej wiosny – jak rewolucja zawiodła kobiety”. Wirtualna Polska, dostęp z 27. 02. 2016.
[4] Ece Temelkuran: „Taniec w rytmie rewolucji”. Wydawnictwo PWN, Warszawa 2015, s. 186.
[5] Tamże, s. 266
[6] Tamże, s. 430
 


Autor: Ece Temelkuran
Tłumacz: Piotr Kawulok
Wydawnictwo: PWN, Warszawa 2015
Liczba stron: 552
Książkę do recenzji otrzymałam od portalu biblioNETka.pl, i dla niego został napisany powyższy tekst. Można go przeczytać TUTAJ.


20 grudnia

Równa babka

Wiele gwiazd świata radia, telewizji, kina, teatru, literatury publikuje swoje wspomnienia: w formie auto- lub spisanej przez kogoś biografii, często również w formie nieprasowego wywiadu rzeki: zbyt długiego do świątecznego numeru popularnego magazynu, objętością zamykającego się w całkiem grubej, wielostronicowej książce (co też przeważnie owocuje spektakularną, sygnowaną znanym nazwiskiem wydawniczą premierą). Tak też stało się w przypadku Ewy Drzyzgi: popularna TVN-owska dziennikarka odpowiedziała na ogromną ilość pytań Beaty Nowickiej, które stały się kanwą książki Jak ja to robię - obowiązkowej pozycji dla studentów dziennikarstwa, fanów "Rozmów w toku" i pre- numeratorów "TeleTygodnia". 

Wśród poruszonych tematów, oprócz rzecz jasna faktów z prywatnego życia prezenterki, dominuje praca: Drzyzga daje poznać się jako niestrudzona pracoholiczka, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. W swoich wspomnieniach przywołuje pracę w raczkującym wówczas radiu RMF, które stało się dla niej twardą szkołą dziennikarskiego życia - co, jak się później okazało, znacznie ułatwiło start w jakże odmiennej od radia telewizji. Większość pytań dotyczy jednak przede wszystkim pracy nad "Rozmowami w toku" - dowiadujemy się z nich wielu zakulisowych, niemedialnych szczegółów: o nietuzinkowych osobach, które z programem współpracują, ale i o jego gościach, którzy wymagają wyjątkowej, empatycznej opieki i nierzadko wsparcia również poza "szklanym ekranem".
Najcenniejszym elementem niniejszego wywiadu są jednak wnioski, które dziennikarka po wielu latach pracy z okre- ślonymi reprezentantami najróżniejszych grup społecznych wyciąga: chociażby niebywale trafna diagnoza dzisiejszej młodzieży okołogimnazjalnej i starszej, czy też cudownie feministyczne spostrzeżenia na temat swoistego progresu zachowań kobiet (i ich odwagi w podejmowaniu autodecyzji) na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.

Elementy biograficzne Drzyzga uzupełniła fotografiami ze swojego domowego archiwum: możemy zobaczyć zatem małą, nieco obrażoną Ewcię na zdjęciu z pielęgniarkami, czy też wzruszające dla dziennikarki chwile spotkania z pa- pieżem Janem Pawłem II. Z książki wyłania się zatem portret sympatycznej kobiety - może nie "dziewczyny z są- siedztwa" (trochę ciężko mi się utożsamiać z kimś, kto ma ogrodnika, a do pracy jeździ z szoferem), ale "równej babki", która - i owszem! - może imponować swoim zaangażowaniem w to, co robi. I przede wszystkim - w przeciwieństwie do znacznej większości celebrytów - nie jest głupia. 

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova -> 




Autor: Ewa Drzyzga, Beata Nowicka
Tytuł: Jak ja to robię
Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2015
Liczba stron: 288

30 listopada

Szalone lata pięćdziesiąte


Niech Was nie zmyli tytuł tej wydanej przez Marginesy pozycji: „Sylvia Plath w Nowym Jorku, lato 1953” autorstwa Elizabeth Winder wcale nie jest biografią znanej pisarki i poetki. To obraz Stanów Zjednoczonych lat 50. wraz z kon- tekstem historyczno-literackim i analizą konserwatywnego społeczeństwa z czasów przed rewolucją obyczajową, która dopiero dziesięć lat później zliberalizowała zarówno opinię publiczną, jak i kanon zachowań typowej młodej Ame- rykanki. To także charakterystyka zwyczajnej dwudziestolatki: kobiety u progu życia pełnego perspektyw, uczącej się – często metodą prób i błędów – podejmowania przyszłościowych decyzji.

Postać Sylvii Plath stanowi niejako pretekst do zebrania opowieści uczestniczek letnich praktyk dziennikarskich w re- dakcji poczytnego magazynu dla kobiet: modowo-kulturalno-literackiego „Mademoiselle”. W każdym roku wydawania pisma[1], w okresie wakacyjnym, dwadzieścia dziewcząt z całego kraju (szczegółowo dobieranych i weryfikowanych pod względem umiejętności) dostawało szansę wyrwania się ze swoich nierzadko prowincjonalnych miejsc za- mieszkania, by na własne oczy zobaczyć - i zachłysnąć się - blichtrem Nowego Jorku. Z ich wspomnień, które Elizabeth Winder pieczołowicie zgromadziła, dowiadujemy się, jakie relacje panowały zarówno między mieszkankami żeńskiego hotelu Barbizon, jak i w redakcji; jakie posiadały marzenia (zobaczyć Nowy Jork, a potem wrócić „do siebie”, by prowadzić życie przyzwoitej żony i matki[2]), jakich używały kosmetyków, jak się czesały, jakie ubrania były odpowiednie według nich na daną okazję, z kim się spotykały, co jadły. Pomiędzy kartami książki plączą się, niczym w damskiej torebce, ówczesne drobiazgi niezbędne każdej dwudziestolatce: szminki od Max Factor w najróżniejszych odcieniach intensywnej czerwieni, nylonowe pończochy, wsuwki do włosów, kostiumy kąpielowe, nowoczesne, nabłyszczające szampony, staniki z fiszbinami, luksusowe kremy… Poprzez taki pryzmat można odnieść wrażenie, że wakacyjny staż stanowił dla uczestniczek swoiste targowisko próżności, ale jest wręcz przeciwnie: każda z dziewcząt, oprócz oczywistej wiedzy o modzie i urodzie, musiała podsiadać obycie literackie i doskonałe umiejętności warsztatowo-pisarskie, dzięki którym mogła zostać przydzielona do odpowiedniego stanowiska w redakcji, i – co się z tym wiąże – ciężkiej dziennikarskiej pracy. Ze wspomnień koleżanek wynika, że Sylvia w tym wypadku była nieco poszkodowana, gdyż posadę w dziale literackim otrzymała inna stażystka (Candy Bolster), co umożliwiało jej spotkania z najciekawszymi pisarzami Ameryki, w tym z uwielbianym przez Plath Dylanem Tomasem. Zresztą codzienne dni młodziutkich dziennikarek po brzegi wypełnione były spotkaniami z celebrytami (Plath przeprowadziła m.in. wywiad  z pisarką Elizabeth Bowen, poznała także dramaturga Williama Inge i projektantkę modową Anne Fogerty), przyjęciami, balami towarzyskimi i wizytami w rozmaitych instytucjach (np. w siedzibie ONZ), gdzie obecność była bezwzględnym redakcyjnym wymogiem. Na sprawy prywatne pozostawało więc niewiele czasu, jednak ambitne, pełne młodzieńczej witalności i fascynacji światem dziewczęta robiły wszystko, aby wygospodarować czas na wielkomiejskie zakupy… i randki z nowopoznanymi chłopcami.

Ważnym elementem książki są fotografie, pochodzące z sierpniowego numeru „Mademoiselle” będącego pokłosiem wakacyjnego stażu Plath i jej koleżanek: można na nich zobaczyć szczęśliwe, roześmiane redaktorki, które jednak po latach wspominają, że sesje bywały pełne łez i potu, a praca modelki wcale nie jest tak łatwa, jak można wnioskować z kolorowych stron różnorakich pism. Oprócz nich w książce można zobaczyć nieliczne archiwalne zdjęcia Sylvii, oraz… reklamy kobiecych produktów z lat 50., co jest sympatycznym akcentem, dopełniającym obrazu codziennego życia młodych Amerykanek.

Samej Sylvii Plath w książce jest jednak niewiele; lato 1953 roku to okres podczas którego w swoich nieustannie przecież prowadzonych dziennikach zapisała zaledwie jedno zdanie. Elizabeth Winder próbuje zatem zrekonstruować tę nieopisaną przez Plath codzienność, co generalnie jej się udaje, zwłaszcza, że do dyspozycji posiada wspomnienia innych dziewcząt, związanych wówczas z redakcją „Mademoiselle”. Nie do końca mimo wszystko jasny jest zamysł autorki mający na celu zobrazowanie, w jaki sposób pobyt Sylvii Plath w Nowym Jorku zmienił jej dalsze życie, a zwłaszcza jaki posiadał wpływ (co autorka zdaje się sugerować) na podjęcie przez nią jednej z pierwszych prób samo- bójczych. Według Winder przede wszystkim to właśnie przemęczenie pracą w redakcji zaowocowało u Plath twórczą blokadą (pisarka miała po powrocie z Nowego Jorku złożyć pracę dyplomową o twórczości Joyce’a), zbiegło się także w czasie z wyjazdem do wojska jej ówczesnego chłopaka, Gordona, który starał się ją wspierać swoją obecnością podczas depresyjnych załamań. Równie dobrze jednak mógł być to wczesny objaw zdiagnozowanej nieco później u Plath cho- roby afektywnej dwubiegunowej, z którą pisarka zmagała się aż do swojej śmierci w roku 1963. Istotne jest, że tamtą samobójczą próbę przeżyła, a jako element autoterapii i literackiego konfesjonizmu stworzyła na wpół biograficzną po- wieść, która przyniosła jej sławę „pisarki wyklętej”: kultowy „Szklany klosz”, odnoszący się bezpośrednio do wydarzeń lata 1953 roku.

Książka Winder to niebywale ciekawa pozycja, ilustrująca codzienne życie młodych kobiet w latach 50. XX wieku, odsłaniająca zarazem kulisy pracy redakcyjnej w wielkich modowych magazynach.  Najważniejsze jest jednak, iż biografią w dokładnym tego słowa znaczeniu nie będąc, stanowić może cenny biograficzny przyczynek, niezbędny do analizy zarówno życiorysu, jaki i twórczości Sylvii Plath.

[1]Tutaj w 1953; „Mademoiselle” ukazywało się od roku 1935.
[2]Znamienne jest, iż kobiety nie miały  wtedy jeszcze świadomości, że można (wypada!) postępować inaczej, choć u niektórych stażystek „Mademoiselle” zalążki rewolucji zaczynały już powoli kiełkować – co zresztą książka Winder ciekawie obrazuje.



Egzemplarz recenzencki otrzymałam od portalu BiblioNETka.





Autor: Elizabeth Winder
Tytuł: Sylvia Plath w Nowym Jorku, lato 1953
Wydawnictwo: Marginesy, Warszawa 2015
Liczba stron: 320

30 października

Wypędzenie z krainy czarów


    Sylwia Chutnik za pomocą swojego ubiegłorocznego zbioru rozproszonych opowiadań gwałtownie wyciąga czytelnika z bezpiecznej krainy dzieciństwa, serwując mu przyspieszony kurs dorastania. 

   Punktem startowym literackiej jazdy bez trzymanki staje się śmierć dziadka z otwierającego tom tytułowego utworu: jest to symboliczne zakończenie pewnego życiowego etapu, zmuszające do konfrontacji z już nie beztroską dorosłością, która oferuje zupełnie niedziecięce doznania, opisane w kolejnych rozdziałach (etapach) ironicznie różowej jak grzywka Autorki książki. Są w niej zatem i średnio udane małżeństwo, niewidzialne z punktu widzenia dorosłych dziecko, opieka nad schorowaną, wymagającą matką,  ("Anna"), tęsknota za latami młodości i minioną sławą ("Pola"), płatny seks i świadomość własnego upadku ("Bożena z Poznańskiej"), poczucie nijakości ("Wszystko zależy od pani"), wynikłe z samotności doświadczenia homoerotyczne ("Niewinne czarodziejki"), zmagania z własną niemożnością ("Pan Tadeusz"), uzależnienie od matki ("Dancing"), negatywne skutki opętania wiarą ("Przeszkadzały"), konfrontacje z wyrzutami sumienia historii ("Muranooo"), wreszcie - nieuchronnie czyhającą na końcu każdego życia - śmierć ("Piwnica"). Wszystkie te etapy łączy fakt permanentnej tęsknoty za czymś minionym (zmarłym mężem, dziadkiem, kotem; rodzicami, którzy w czasie wojny obiecali wrócić - i nie wrócili; za normalnością; za oddaną dawno temu córką), stąd też wyłania się ta mityczna, tytułowa "kraina czarów": jest to tam, gdzie KIEDYŚ było dobrze, wszystko było, jak być powinno, a najbliżsi byli obecni jakby nigdy i nigdzie nie odchodzili - do której jednak w chwili obecnej nie ma już powrotu. Raj został zamknięty.

    Konstrukcyjnie kluczem książki jest zatem swoiste axis mundi - granica, oś świata pomiędzy teraz, a kiedyś; między życiem a śmiercią, między tym co wyobrażone i zapamiętane, a tym co rzeczywiste; z miotającym się człowiekiem uwięzionym w samym jej środku wraz ze swoimi codziennymi problemami, zawieszonym pomiędzy chęcią powrotu do minionego - a koniecznością progresu; każdy z bohaterów Chutnik trwa w impasie, który - paradoksalnie - zakończyć może jedynie definitywne odejście (zamykając koło i wracając do punktu wyjścia).

   Opowiadaniom z tomu "W krainie czarów" stylistycznie blisko jest do reportażu: w narracji często głos oddany zostaje przedstawianym postaciom, dzięki czemu każde z nich sprawia wrażenie zasłyszanej (bo pewnie i tak było) historii, opowiedzianej w warszawskim tramwaju czy w zieleniaku; zresztą - stolica w całej twórczości autorki jest wszechobecna. Chutnik na tej doskonale znanej sobie topograficznej płaszczyźnie sprawnie żongluje emocjami, brutalnie zderzając nieróżową (via okładka) rzeczywistość ze wspomnieniami, rozdrapując bohaterom rany, wkładając w nie paluchy i obficie sypiąc na nie sól słowa; wrażliwy czytelnik z potyczki z tą książką wychodzi rozbity, rozedrgany, w gorączce - w końcu każdemu zdarza się "spławić" telefonicznie dziadka pod pretekstem pracy (a może to był ostatni telefon od niego?), znaleźć jego nierozpakowane skarpetki, których nigdy nie użyje, spojrzeć w ostatnie przedśmiertne uchylenie kociego oka, odnaleźć zagubioną zabawkę (historię?) zmarłego dziecka. 

    Znakomita książka znakomitej autorki, która pięknie literacko ewoluuje, i od zbuntowanej Grrrl Riot przechodzi do wysublimowanej stylistyki Borgesa czy Capote'a. Zdecydowanie warto sięgnąć.


Książka otrzymała nominację do Nagrody Nike 2015.




Sylwia Chutnik
Znak Literanova
Kraków 2014



12 października

"Jesteś tylko kobietą", Mademoiselle Chanel

   

Książka Christophera W. Gortnera NIE JEST o modzie. Nie jest także o perfumach, o "małej czarnej", ani o perłach. Nie jest nawet o miłości. To książka o kobiecej sile i determinacji, których tłem jest powoli przemijająca epoka modernizmu i nadchodzący nowoczesny wiek XX. 

"Robienie tego, czego się ode mnie oczekuje, było ostatnią rzeczą, jakiej pragnęłam."*  
                                                                      s. 217

"Mademoiselle Chanel" jest pozycją dogłębnie feministyczną, obrazującą życie kobiety w świecie zdominowanym przez mężczyzn i obyczajowe konwenanse, uzależniające każdą decyzję i normujące codzienność. To właśnie im wojowniczo stawia czoła tytułowa bohaterka, walcząc zarówno o swoją niezależność finansową (prawo do własności sklepów, które dotychczas posiadali jedynie mężczyźni) jak i uczuciową (możliwość wyboru towarzyszy życia, czy też... przyjaciół, często mocno nienormatywnych). Chanel zobrazowana zostaje w żeńsko-opozycyjnej postawie wobec świata; jej wewnętrzny liberalny egalitaryzm obejmuje zarówno potrzebę równouprawnienia kobiet i mężczyzn: od wspomnianej możliwości prowadzenia własnego biznesu, po publiczne palenie papierosów, czy... jazdę na koniu w męskiej pozycji (nie "bokiem", jak robiły to wysoko urodzone panny), do której to bohaterka zaprojektowała i uszyła specjalne damskie bryczesy; dominująca w jej życiowej filozofii była również konieczność wyrównania różnic klasowych, które kilkukrotnie definitywnie unicestwiały jej plany zamążpójścia. Całe bowiem wyzwolenie Chanel nie polegało w naj- mniejszym stopniu na wykluczeniu mężczyzn z życiorysu; wręcz przeciwnie: przez biografię projektantki przewija się wielu kochanków, z którymi łączą ją różnego rodzaju relacje: od szaleńczej (jedynej!) miłości do Arthura "Boy'a" Capela, poprzez różnego rodzaju związki "transakcyjne" - z Etienne Balsanem, który wprowadził ją w świat Bohemy (a później mimo rozstania wielokrotnie udowadniał, że jest przyjacielem Coco) lub Dymitrem Pawłowiczem Romanowem (któremu po wygnaniu z Rosji projektantka zapewniła finansowy restart w Paryżu), po całkiem poważne (nieudane ze względu na konwenanse czy... śmierć) zamiary małżeńskie względem "Bendora" - Hugh Grosvenora, 2 księcia West- minsteru czy Paula Iribe, znakomitego ilustratora mody i założyciela nacjonalistycznego i antyżydowskiego pisma "Le Temoin" (przez które zresztą Chanel miała niemałe kłopoty po II wojnie światowej).

"Jeżeli o mnie chodzi, dawno już wzięłam ślub: ze swoją pracą." 
                                                                                                                                                                                                                                                           s. 215

W książce Gortnera pokazana jest bardzo ważna kwestia autodecydentalna: bohaterka bierze na siebie odpo- wiedzialność za wszystkie swoje decyzje, których dokonuje z pełną świadomością i pod wpływem dogłębnych prze- myśleń. Stąd też fascynujące opisy jej przedsięwzięć (czasem błędnych, jak przykładowo podpisanie umowy z firmą dystrybuującą jej sławne perfumy Chanel No. 5 i jej późniejsze konsekwencje), dzięki którym można zobrazować sobie trud, jaki musiała podjąć kobieta na przełomie XIX i XX wieku, aby zrealizować swoje marzenia. Podstawową cechą charakteru, która umożliwiała Coco działanie w tych nieprzyjaznych dla kobiety czasach, była niesamowita pewność siebie. To dzięki niej, a może i dzięki szczypcie niepozbawionej wdzięku wrodzonej bezczelności objawiającej się miedzy innymi w niepokorności i ciętym języku, projektantka zaszła tak daleko, stając się kobiecą ikoną epoki. 

"Kobiety są zbyt inteligentne, żeby odrzucić zdrowy rozsądek." 
s. 578

Równie ważna jest wielokrotnie podkreślona w "Mademoiselle Chanel" kwestia samoświadomości bohaterki: zdaje ona sobie doskonale sprawę zarówno z własnej wartości, jak też z konieczności dokonywania pewnych wyborów - dość oportunistycznych, przede wszystkim na rzecz tych spraw, które gwarantują spełnienie i satysfakcję, co nawet dzisiaj wydaje się być pewnym komfortem. Chanel rezygnuje z wielu rzeczy - z zamążpójścia, z macierzyństwa - dla swojej pasji, gdyż tylko ona potrafiła jej dać prawdziwe zadowolenie.

"Zdawałam sobie sprawę, że gdybym została matką, 
                          musiałabym zrezygnować z własnych potrzeb."                                         
s. 350

Oprócz kluczowego, doskonale rozrysowanego psychologicznego portretu bohaterki w książce Gortnera (autora znanego skądinąd z biografii kobiet epoki elżbietańskiej), fascynujące jest doskonale przedstawione tło historyczne, z uwzględnieniem najważniejszych dla niego postaci i wydarzeń. Całość osadzona jest w topografii Francji, począwszy od małych miejscowości, w których Gabrielle Chanel spędziła nie najszczęśliwsze dzieciństwo i wczesną młodość (Aubazine, Moulins, Varennes-sur-Allier, Vichy) po rozbuchany kulturalnie Paryż schyłku wieku XIX, wraz z plejadą przewijających się przez jego zaułki najróżniejszych indywidualności ze świata sztuki, polityki i mody - często będących przyjaciółmi Coco. Warto wspomnieć chociażby obecnych na kartach książki Jeana Cocteau, Pablo Picassa, Igora Strawińskiego, Siergieja Diagilewa, Wacława Niżyńskiego, Raymonda Radiquet'a, Dymitra Romanowa, Paula Iribe, Hansa Günthera von Dincklage czy wreszcie... Winstona Churchilla. Większość artystów spotykała się w domu jedynej przyjaciółki Coco - Misi Godlewskiej/Sert, z którą projektantka związała się na wiele lat; tam też dojrzewały największe artystyczne dokonania epoki - dramaty Cocteau, obrazy Picassa i Dalego, balety Diagilewa, kompozycje Strawińskiego i... projekty Chanel.  Działalność paryskiej Bohemy przedstawiona została na tle nastających niepokojów w Europie, wzmagających się kryzysów gospodarczo-ekonomicznych, wzmożenia antysemityzmu i rozruchów robotniczych, finalnie, jak wiadomo, skutkujących wybuchem obydwu wojen. Ciekawym zabiegiem Gortnera jest rekonstrukcja biografii Chanel z okresu II wojny światowej; jest to pewnego rodzaju próba dyskretnej rehabilitacji projektantki, posądzanej wielokrotnie w latach powojennych o szpiegostwo i postawę antysemicką, co, jak zasugerowane jest w książce, mogło być efektem dokonania wspomnianych wyborów, niosących za sobą "mniejsze zło". 


"Szczęście jest dopiero na drugim miejscu. Nie rozumiesz tego - dodał, patrząc na mnie z pełnym politowania smutkiem - bo nie ciąży na tobie taka odpowiedzialność. Masz tylko swoje sklepy. Jesteś wolna." 
s. 369

Książka Christophera Gortnera to fenomenalna powieść, napisana lekkim, stonowanym, eleganckim jak stroje Chanel piórem. Delikatna, bardzo kobieca, pierwszoosobowa narracja od pierwszych stron fascynuje i przyciąga, stopniowo odsłaniając rzeczywisty obraz projektantki; czytelnik uzyskuje niemalże stuprocentową pewność, że Gabrielle Chanel taka właśnie była - subtelna, intrygująca, a jednocześnie silna, zdolna przeciwstawiać się całemu światu by spełniać swoje (wydawałoby się - nieosiągalne) marzenia. "Mademoiselle Chanel" niebywale mnie zaskoczyła - spodziewałam się biograficznego romansu z modą w tle, a otrzymałam znakomitą historię o kobiecej niezłomności. Bardzo polecam!


Za przedpremierowy egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Znak Między Słowami.







Christopher W. Gortner
Mademoiselle Chanel
Tłum. Maria Zawadzka
Między Słowami
Kraków 2015





*Wszystkie cytaty pochodzą z tego wydania.