poniedziałek, 18 września 2017

Od „Narcosa” do „Twin Peaks” – czyli kto zabił Laurę Palmer :D

Amerykańskie lata 80. Kolumbijski boss narkotykowy – Pablo Escobar – stał się znany na całym świecie, a dowodzony przez niego Kartel z Medellín kontroluje większość narkotyków na czarnych rynkach Meksyku, Dominikany i Stanów Zjednoczonych. Kokaina – cudotwórczy biały proszek –  zaczyna dominować ogólnoświatowy rynek narkotykowy, stopniowo deklasując popularne w ubiegłym dziesięcioleciu marihuanę i środki psychoaktywne. Dająca poczucie hipermocy koka idealnie wpasowała się w nieustannie przyspieszające i energetyczne czasy: dzięki niej każdy mógł poczuć się jak gwiazda lub superhero, spełniając tym samym – chociaż na krótko – upragniony i niedościgniony American Dream.

Inst MCB
Co wtedy porabiały nastolatki, zwłaszcza te mieszkające w małych miasteczkach? Odpowiedź na to pytanie podsuwa Jennifer Lynch, personifikując znaną z serialu swojego ojca Laurę Palmer – mieszkankę wyimaginowanego waszyngtońskiego Twin Peaks. Z dziennika nastolatki, obejmującego pięć lat jej życia, oprócz opisu małomiasteczkowej społeczności pełnej fasadowej przyzwoitości i rozmaitych konwenansów, wyłania się obraz kolejnych etapów adolescencji: od dziecięco niewinnej dwunastoletniej dziewczynki, do szesnastoletniej narkomanki, uwikłanej w co najmniej kryminalne zależności. Obserwując stopniowe, coraz głębsze pogrążanie się dziewczyny w ciemnych zaułkach życia (od pierwszej inicjacji seksualnej po wyuzdaną prostytucję, od niewinnych skrętów po codziennie wciąganą kokainę, od miłości do zwierząt po morderstwo człowieka) czytelnik „Sekretnego dziennika Laury Palmer” może nie tylko uzupełnić wiedzę z serialu, lecz również spróbować pojąć mechanizmy psychologiczne, odpowiedzialne poniekąd za wiadomy rozwój sytuacji znanej z „Miasteczka Twin Peaks”.  Dziennik stworzony przez Jennifer Lynch ma konstrukcję eskalacyjną, być może zbliżoną do procesu dojrzewania: kolejne strony książki wzmagają napięcie tak, aby w kulminacyjnym momencie pozostawić odbiorcę z cały ciężarem emocjonalnym bohaterki, wraz z jednoczesnym podsycaniem ciekawości: kim jest BOB? kto zabił dziewczynę? Czytelnik niczym serialowy Dale Cooper próbuje rozwikłać zagadkę, której rozwiązanie zdaje się być na wyciągnięcie ręki – jednak nic z tego: w dzienniku Laury brakuje wielu stron, BOB chichocze złowieszczo, Escobar w dalekiej Kolumbii liczy zyski z amerykańskiego rynku koki, las jest ciemny, a sowy krążą coraz niżej…

Wznowienie przez wydawnictwo Znak Literanova „Sekretnego dziennika Laury Palmer” zbiegło się z emisją trzeciego sezonu „Twin Peaks”, nakręconego ostatnio przez Davida Lyncha ponad dwadzieścia lat po premierze pierwszej, bestsellerowej serii. Cieszy mnie bardzo zarówno powrót serialu, jak i książki: poprzednie polskie wydanie z lat 90. niemal całkowicie zniknęło z księgarskiego rynku, a ja sama będąc nastolatką czytałam je – jako fanka Lynchowskiej twórczości – w formie przekazywanych sobie wśród znajomych „kserówek”. Czy „Sekretny dziennik Laury Palmer” był naszym „Buszującym w zbożu”? Być może, w końcu zapiski bohaterki zdają się szokować po dzień dzisiejszy, a serial doczekał się własnego, twinpeaksowskiego fandomu, który, jak pokazuje popularność najnowszej serii, ma się dobrze również obecnie. Tak czy inaczej – książka ta z pewnością ucieszy miłośników reżysera, a tym czytelnikom, którzy czują w sobie psychologiczne zapędy i lubią podłubać w ciemnych zaułkach ludzkiej duszy, sprawi zapewne tak samo wiele radości, co Lynchomaniakom.  Ja czytając balansowałam pomiędzy obrzydzeniem a „zacieszem” – znaczy się, jest dobrze.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova




Autor: Jennifer Lynch
Wydawnictwo: Znak Literanova, Kraków 2017
Ilość stron: 222


Ocena recenzenta (ale z dużym sentymentem do lat młodości): 6/6




niedziela, 17 września 2017

Czy wiesz, co robi Twoja babcia?

„Ageizm (ang. agism i ageism, od age – wiek, wym. ejdżyzm; także: wiekizm) – dyskryminacja ze względu na wiek. Najczęściej, choć nie zawsze, dotyczy problemów na rynku pracy (tak z jej znalezieniem, jak i utrzymaniem). Widoczny jest także w lekceważącym traktowaniu osób starszych oraz braku oferty rozrywkowej i rekreacyjnej. Dotyka ludzi starych, postrzeganych jako niepotrzebnych (…).  W Polsce ofiarami ageizmu najczęściej padają kobiety po 35. roku życia oraz mężczyźni po 45.[1]”

Instagram MCB

Niech Was nie zwiedzie jaskrawokolorowa okładka książki „Najlepsze chwile w życiu” – pod tą optymistyczną, kwiecistą przykrywką powieść Maeve Haran dotyka bardzo gorzkiego problemu społecznego, którym w perspektywie globalnego kultu młodości staje się… starość. Hasło z Wikipedii nieco przerażająco głosi, że w Polsce ofiarami ageizmu najczęściej są kobiety po 35 roku życia – w tym rozumieniu bohaterki „Najlepszych chwil w życiu” są prawie że muzealnymi eksponatami, które jednak bardzo dobitnie obrazują wykluczenie (bądź nawet – auto(!)wykluczenie) osób starszych z życia publicznego.
Laura, Sal, Ella i Claudia to cztery zaprzyjaźnione „kobietki” po sześćdziesiątce – całkiem sprawne, a przynajmniej za takie same się uważają. Od ponad czterdziestu lat co miesiąc spotykają się w swoim babskim gronie na plotkach przy szampanie („zlot czarownic” – jak określa to żartobliwie Don, mąż Claudii), aby podzielić się swoimi problemami, i wysłuchać porad przyjaciółek. Jednak w ich  uporządkowanych przez tyle lat losach nagle zaczyna się coś dziać: Sal traci pracę, mąż Laury po trzydziestu latach małżeństwa odchodzi do firmowej koleżanki z którą będzie miał dziecko, Claudia przenosi się z ukochanego Londynu na nudną wieś, Ella, naciskana przez wmawiające jej chorobę Alzheimera córki, rozważa sprzedaż domu… Do tego jeszcze problemy sprawiają rodzice-staruszkowie, i dzieci z wnukami. Czy sześćdziesiątka to naprawdę dobry czas na radykalne zmiany?

Bohaterki „Najlepszych chwil w życiu” poza swoimi prywatnymi sprawami muszą stawić czoła permanentnej presji środowiskowej na bycie „young, fit & active”, nieustannie udowadniając wszystkim, że są zadbane, sprawne, potrzebne, samowystarczalne. Na dłuższą metę staje się to męczące, gdyż przez cały czas muszą „trzymać fason”, nie pozwalając sobie na najmniejsze zapomnienie, które mogłoby zostać wykorzystane przeciwko nim. Czy tak jednak jest naprawdę? Czy to może pokolenie lat 60., które jeszcze niedawno zmieniało obyczaje świata, samo stawia sobie zbyt wysokie wymagania, przestając umieć spontanicznie cieszyć się codziennością?

Książka Maeve Haran pokazuje życie współczesnych kobiet w pewnym przełomowym momencie: bycia zbyt starą, aby przynależeć do tweetującej, internetowej „młodzieży 30+” z ich wszystkimi iPhone’ami, Macami i zawodowymi ambicjami, oraz bycia zbyt młodą, aby dołączyć do, jak mówi autorka, „pań sprzątających kościół”[2]. Dużym problemem bohaterek oprócz społecznego wyobcowania staje się również poczucie samotności: ich dzieci dawno wyprowadziły się z domów i założyły własne rodziny, mężowie albo zmarli, albo zajmują się swoimi sprawami. Bez tradycyjnych obowiązków pozostaje im do zagospodarowania mnóstwo wolnego czasu, lecz przeszkodą w podejmowaniu jakichkolwiek działań staje się strach przed odrzuceniem i (często wmawiane przez innych) poczucie starości na tle nowoczesnego świata. Haran mimo tej niewesołej perspektywy napisała książkę niebywale optymistyczną: uświadamia, że każdy czas jest dobry na nowe przedsięwzięcia, a wartość człowieka nie jest liczona jego sprawnością i wiekiem, ale tym, co sobą reprezentuje. Przede wszystkim autorka jednak pokazuje, że należy cieszyć się codziennością, bez względu na – wyimaginowane lub rzeczywiste – społeczne presje.

Mimo tej refleksyjnej recepcji „Najlepsze chwile w życiu” są bardzo ciepłą, momentami zabawną powieścią: uśmiech budzą perypetie goth-córki Laury, Wacław – polski emigrant uczący Ellę korzystania ze smartfona, rozrywkowa matka Claudii… Czytelnik instynktownie odczuwa sympatię dla czterech „zakręconych babć”, nieustannie kibicując im w kolejnych przedsięwzięciach, bez znaczenia, czy jest to pielenie ogródka sąsiadów czy nowa praca. W tym kontekście można przytoczyć krążącą w Internecie anegdotę z pewnej kwalifikacyjnej rozmowy:
„- Dzień dobry, proszę usiąść. Ile ma pani lat?
- Och, bliżej mi do 30 niż do 20 - mówi kokieteryjnie kandydatka.
- To znaczy ile?
- 50…”
Dokładnie tak można streścić słodko-gorzką fabułę książki Maeve Haran, która bardzo słusznie otwiera oczy na problem współczesnej kobiecej starości.

[1] Wikipedia, patrz hasło: ageizm.
[2] Maeve Haran: Najlepsze chwile w życiu. Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016, s. 306.

 Recenzja napisana dla portalu biblioNETka.pl, od którego otrzymałam książkę <3 
Można przeczytać ją TUTAJ.





Autor: Maeve Haran
Wydawnictwo: Marginesy, Warszawa 2016
Liczba stron: 560



Ocena recenzenta: 5/6