Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety. Pokaż wszystkie posty

07 lutego

Królestwo nie z tego świata

Kto nie pamięta historii,
skazany jest na jej ponowne przeżycie.
George Santayana

Zofia Posmysz – pisarka, dziennikarka radiowa, autorka  – miedzy innymi – popularnego słuchowiska „W Jezioranach” i książki, na kanwie której powstał scenariusz głośnego filmu Andrzeja Munka „Pasażerka”. Więźniarka Auschwitz i Ravensbrück, rocznik 1923, obozowy numer 7566. W momencie wybuchu II wojny światowej miała niecałe 17 lat, w momencie osadzenia w obozie – 19; w chwili przeprowadzania właśnie opublikowanych wywiadów – 93, i… pogodę ducha niedostępną dla niejednego młodego człowieka. „Królestwo za mgłą” jest pokłosiem rozmów przeprowadzonych wiosną 2016 roku podczas szesnastu spotkań z Michałem Wójcikiem, historykiem i dziennikarzem, konsekwentnie docierającym do niewielu już naocznych świadków II wojny światowej (rozmawiał między innymi z Lucjanem Wiśniewskim ps. „Sęp”, jednym z „likwidatorów” Kedywu AK, co zaowocowało późniejszym wydaniem książki „Ptaki drapieżne”*).
Zofia Posmysz okazała się być rozmówczynią bardzo, jak na swój wiek… zabieganą: w chwili obecnej konsultuje zagraniczne realizacje opery „Pasażerka”, uczestniczy w wielu memoriałowych spotkaniach, często skierowanych do młodzieży, wyjeżdża, telefonuje, pisze… W tej pracowitej, serdecznej, uśmiechniętej staruszce ciężko jest zobaczyć bitą, poniżaną, maltretowaną więźniarkę Auschwitz. Tylko ten wytatuowany numer… Tylko ta opowieść. Tylko jej książki...

Od wielu wspomnień obozowych, które na szczęście dla ludzkości są pieczołowicie zbierane, wspomnienia Posmysz różnią się optyką. O ile bowiem dość dokładnie wiadomo, jak wyglądała codzienność osadzonych w Auschwitz, tak rzadko spotyka się zapis rozmaitych emocji i postrzegania tamtejszych realiów z perspektywy  więźnia, który w obliczu zagrożenia nie zatracił swojej intelektualnej przytomności na rzecz wszechobecnego wśród ofiar marazmu. W przypadku Posmysz za taki stan rzeczy odpowiadać mogła zarówno dająca pewność przetrwania wiara, na którą bohaterka zresztą często się powołuje, jak i specyfika charakteru, który uporczywie nie dawał za wygraną w myśl nieco kolokwialnej zasady „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”. Całkowicie nowatorska jest także ambiwalentna recepcja, bądź co bądź – obozu zagłady, w baśniowej formie interpretacyjnej**: wykorzystane w tytule książki, rządzone przez obłąkanego króla Królestwo Rycerzy Trupiej Czaszki, do którego można było dotrzeć jedynie sunącymi przez Mgłę (dym?) widmowymi pociągami, to oswajana wizja obozu śmierci; wizja zneutralizowana, nadająca i tak nierealnej w pojęciu ówczesnego człowieka rzeczywistości rysów znajomej, choć groźnej baśni, próba nazwania nienazwanego. Zachodzący tutaj dualizm ontologiczny obala niejako Hartmannowskie rozróżnienie przedmiotów doświadczenia: realne stało się niewyobrażalne, dlatego w jego miejscu pojawiło się to, co irracjonalne. Istniejące jedynie w wymiarze transcendentalnym Królestwo bliskie staje się zatem realizacji poglądów Ingardena, który twierdził, że „im więk­szy kładzie się nacisk na transcendencję real­nego świata w przeciwstawieniu do immanentnie dokonujących się przeżyć doświadczenia, im bardziej zdecydowanie podkreśla się rady­kalną różność immanentnej sfery czystej świa­domości i transcendentnej sfery realnego świata (...), tym głośniej odzywa się wątpli­wość, czy sensy przedmiotowe ukonstytuowa­ne w immanencji odpowiadają adekwatnie te­mu, co w danym wypadku faktycznie istnieje”***. Takie solipsystyczne widzenie obozowej rzeczywistości niewątpliwie wspomagało codzienną obozową egzystencję, a przeniesienie jej w transcendentalny wymiar prawdopodobnie umożliwiło – przynajmniej w przypadku Posmysz – przetrwanie najcięższych momentów.
Ważnym elementem wspomnień Zofii Posmysz są osoby, które spotkała w obozach: z imienia i nazwiska (jakaż niesamowita pamięć u 94-letniej staruszki!) pojawiają się w nich zarówno Polacy, Żydzi i Niemcy, z czego należy podkreślić, że nawet w przypadku tych ostatnich Posmysz nie używa jednoznacznie negatywnych sformułowań. Postacią, którą bohaterka przywołuje najczęściej, jest Anneliese Franz, przełożona Posmysz, uwieczniona przez nią później w postaci Aufseherin Lisy w „Pasażerce” – we wspomnieniach jawi się ona nieco inaczej, niż w filmie Munka, któremu przypisywano (jak się okazuje, zbyt pochopnie) wizualizowanie homoerotycznych relacji panujących w obozach.
Dla rodzimej historii ważna jest pojawiająca się w opowieści Zofii Posmysz osoba kapitana Tadeusza Paolone-Lisowskiego, jednego z czołowych organizatorów wewnętrznego ruchu oporu na terenie obozu w Auschwitz: bohaterka miała okazję spotkać go osobiście; została obdarowana przez niego medalikiem (zachowała go zresztą do dzisiaj), i – być może – okruchem uczucia, o ile taki w ogóle mógł zaistnieć za kratami obozu śmierci. Lisowski nie przeżył osadzenia; został stracony w 1943 roku w wyniku podejrzeń esesmanów odnośnie wyzwoleńczych spisków w Auschwitz (wraz z nim stracono pułkownika Teofila Dziamę).
Warto zaznaczyć, że Posmysz nie obwinia nikogo za zaistniały stan rzeczy: nawet opisując zachowania hitlerowców (chociażby Unterscharfürera zwanego Köpfchen) unika bezpośrednich pejoratywnych określeń, wręcz czasami zastanawiając się nad ich dalszymi, powojennymi losami. Oczywiście, zachowany zostaje paradygmat kata i ofiary, jednakże Posmysz w całym swoim szacunku dla człowieka – nawet najgorszego – stara się go nie oceniać, a tym bardziej nie wydawać wyroków, które w jej mniemaniu i tak spoczywają w rękach Najwyższego. Cichy, pozbawiony nienawiści głos bohaterki stanowi ważny kontrapunkt dla dzisiejszego dyskursu o Holokauście, zwłaszcza umiejscawianego w perspektywie ogólnoeuropejskiego odrodzenia ruchów nacjonalistycznych i powszechnego zapomnienia bądź ignorancji Zagłady (spod znaku #Yolocaustu czy krzywdzącej retoryki „polskich obozów koncentracyjnych”). Posmysz poprzez taki rodzaj narracji pokazuje, jak ważna jest pamięć i jej kultywacja, bez jednoczesnego epatowania postawą ofiary: to przejmujący przykład pogodzenia się z losem, przy kategorycznym braku zgody na historyczną amnezję charakteryzującą kolejne pokolenia.

„Królestwo za mgłą” to książka, po którą powinni przede wszystkim sięgnąć ludzie młodzi: nie tylko ze względu na prymarny obowiązek kultywacji pamięci, ale również po to, żeby zobaczyć, jak – i jakim językiem (w dzisiejszej epoce tzw. „hejtu”, uprzedzeń i nienawiści wobec drugiej osoby) można mówić o rzeczach bolesnych. Jako przesłanie wypływające z opowieści Posmysz należy również traktować pokazanie niezachwianej wiary i pokory wobec niebagatelnych (wojna!) przeciwności losu, w perspektywie których dzisiejsze problemy jawią się niczym błahostki. „Królestwo za mgłą” aktualnie pretenduje do najważniejszych książek roku 2017, a warto także nadmienić, że Znak Literanova planuje wznowienie powieści pisarki (za chwilę ukazują się „Wakacje nad Adriatykiem”). Lektury – z wielu przyczyn – obowiązkowe.


*Emil Marat, Michał Wójcik: „Ptaki drapieżne. Historia Lucjana „Sępa” Wiśniewskiego”. Znak Literanova, Kraków 2015.
**„Autorką” baśniowej perspektywy była Zofia Jachimczak, numer obozowy 7546, zwana „Ptaszką” – przyjaciółka Posmysz z pierwszego roku osadzenia. Jachimczak nie przeżyła obozu.
***Roman Ingarden: „Spór o istnienie świata”. T. 1, PWN, Warszawa 1987, s. 29 – 30.



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova 💓








Autor: Zofia Posmysz, Michał Wójcik
Wydawnictwo: Znak Literanova, Kraków 2017
Liczba stron: 416

27 września

Czy na pewno wiesz, kim jesteś?

Indie, rok 1907. Dwunastoletnia Lilian Langdon od urodzenia mieszka wraz z rodzicami w brytyjskiej, skolonizowanej części kraju. Wiodą tam całkiem dostatnie życie: Henry, ojciec dziewczynki jest poważanym obywatelem, wiele poświęcającym dla pokojowej integracji Anglików i Hindusów. Rodzinę Langdonów dokładniej poznajemy w mgnieniu jednego z ostatnich indyjskich wspomnień Lilian: wystawnego przyjęcia urządzonego przez matkę dziewczynki dla ojca z okazji jego pięćdziesiątych urodzin. Jubileuszowym prezentem miał zostać misternie haftowany obrus, nad którym kobieta spędziła wiele pracowitych miesięcy. Niespodzianka się udała: przybyli zaproszeni przyjaciele, wzniesiono toasty, skonsumowano tort. W końcu – przyszedł czas na wyczekiwany podarunek… na którego widok zniesmaczeni goście w pośpiechu opuścili dom Langdonów, a sam Henry zamknąwszy się w gabinecie popełnił samobójstwo, którego przypadkowym świadkiem stała się jego córka. Osieroconą i przytłoczoną tragedią dziewczynkę przygarnia ciotka Wilhelmina: mieszkająca w Wielkiej Brytanii podstarzała siostra matki Henry’ego. Lila, wychowana od dziecka w Indiach i tym samym żyjąca według tamtejszych kanonów kulturowych, ma problemy z adaptacją na Starym Kontynencie – osamotniona tęskni za swoim domem, przyjaciółmi i codziennymi hinduskimi zwyczajami. W Anglii odnajduje jednak intrygujące dzienniki ojca i listy pisane przez babkę do bliskich: z tych okruchów mozolnie odtwarza życie swojej rodziny, naznaczone przede wszystkim krwią, tęsknotą i poszukiwaniem tytułowego, własnego miejsca na ziemi. W międzyczasie Lilian musi również rozwiązać swoje problemy, dorosnąć, i zdecydować, czy w głębi serca czuje się Brytyjką, czy Hinduską – a stawka jest wysoka, bo nagrodą jest przepiękna, wzruszająca miłosna historia z I wojną światową w tle.



Postać Lili intertekstualnie przywodzi na myśl Sarę Crewe, bohaterkę „Małej księżniczki” Frances Hodgson Burnett*. Podobnie jak w tej klasycznej powieści, w „Miejscu na ziemi” dorastająca, związana z Indiami dziewczynka – później kobieta – musi odnaleźć swoją tożsamość i prawdę o najbliższych: z tą jednak różnicą, że prawda według Sinha w przeciwieństwie do dobrze kończącej się książki Burnett okazuje się być przede wszystkim bolesna i krwawa. Autorka (od wielu lat mieszkająca w Anglii rodowita Hinduska) w swojej debiutanckiej powieści nie stroni od dość drastycznych w opisach nawiązań do najciemniejszych kart historii, na których mozolnie budowano kolonizatorskie porozumienie pomiędzy Indiami a Wielka Brytanią. Jednym z autentycznych wydarzeń stanowiących główną oś książkowej fabuły jest rzeź w Kanpurze z 1857 roku, gdzie podczas powstania Sipajów buntownicy wymordowali cały stacjonujący pod miastem garnizon angielski – wraz z kobietami i dziećmi, które niefortunnie towarzyszyły mężczyznom podczas ich egzotycznej wojskowej wyprawy. Sinha stara się w powieściowych dziennikach Henry’ego i wspomnieniach jego ojca odtwarzać kolejne polityczne kroki do późniejszego odzyskania pokojowego porozumienia w tym rejonie – nie jest to jednak łatwe: mamy tu do czynienia z odwróconą perspektywą obrońcy i okupanta, którym okazują się być – mimo najlepszych pobudek – Brytyjczycy. Bohaterowie książki stojący po obydwu stronach konfliktu nie dają czytelnikowi tym samym możliwości jednoznacznego określenia dobra i zła: każda nacja posiada swoje konkretne, niepodważalne argumenty, a wypracowany w następnych latach wielokulturowy kompromis świadczy jedynie o dobrej woli obydwu narodów. „Miejsce na ziemi” porusza w tym kontekście bardzo aktualny problem inności i wyobcowania, połączonego z  niechęcią do emigrantów i poczuciem braku przynależności do danego społeczeństwa: „obcymi” są tutaj zarówno przebywający na terenie Indii Brytyjczycy, jak i powracająca do ojczyzny przodków Lilian. Autorka zabierając swoją powieścią ważny głos w światowej dyskusji o konsekwencjach postkolonializmu wyraźnie zaznacza, że za asymilację w danej społeczności odpowiadają obydwie strony, a różnice kulturowe przy odrobinie wysiłku nie muszą stanowić integracyjnej bariery.


Książka Umi Sinhy to finalnie także fascynująca historia o kobietach: o ich sile przetrwania, macierzyństwie, miłości, oddaniu i poświęceniu, wreszcie – o szaleństwie, psychozie i perfekcyjnie tuszowanych sekretach: to kobiety bowiem są w tej opowieści mistrzyniami w ukrywaniu tajemnic. Poetycko i melancholijnie opisana saga rodziny Langdonów obejmująca trzy pokolenia żyjące w Anglii i Indiach na przestrzeni ponad stu lat, zagadek skrywa wiele – nie tylko na haftowanym obrusie. Warto je poznać – „Miejsce na ziemi” do ostatniej strony podsyca ciekawość czytelnika, sprawiając, że ciężko jest się od tej wartościowej książki oderwać.


*Tu: chociażby piękne wydanie z serii „Mistrzowie Ilustracji” Wydawnictwa Dwie Siostry; Frances Hodgson Burnett: Mała księżniczka. Dwie Siostry, Warszawa 2015, 292 s.




Książkę otrzymałam od redakcji portalu BiblioNETka, 



Autor: Umi Sinha
Tłumacz: Robert Waliś
Wydawnictwo: Marginesy, Warszawa 2016

Liczba stron: 384

24 marca

"Moje życie jest tylko kobiercem..." [1]



Mahtob Mahmoody, bohaterka książki „Tylko razem z córką”, po 30 latach napisała swoją wersję nominowanej do Nagrody Pulitzera powieści matki. Historia porwania Amerykanki i jej kilkuletniej córki przez wiele miesięcy utrzymywała się w czołówkach list bestsellerów – również w Polsce [2]. Teraz możemy poznać tę opowieść z perspektywy dziecka, nie do końca rozumiejącego przyczynę zaistniałej wtenczas sytuacji. Warto zajrzeć do tej książki; nie tylko po to, aby poznać inne spojrzenie na wydarzenia z opowieści Betty Mahmoody. To fascynująca historia ludzkiej niezłomności, ogromnej wiary i chęci przetrwania; wreszcie - rozliczenia z przeszłością i przebaczenia.

Czteroletnia Mahtob wyjechała z rodzicami do Teheranu w 1984 roku. Pozornie trywialne odwiedziny rodziny ojca zmieniły się w piekło: ukochany tato dziewczynki z dnia na dzień przemienił się w prawdziwego potwora, który uwięził ją i jej matkę w całkowicie obcym językowo i kulturowo kraju. Fakt ten zdaje się być tragicznym pokłosiem irańskiej rewolucji: metamorfoza Mahmoody’ego nastąpiła w momencie zradykalizowania się frakcji Chomeiniego [3], opowiadającej się za całkowitym powrotem dość liberalnego w latach 70. Iranu do ortodoksyjnej doktryny islamskiej. Betty wraz z córeczką stara się egzystować w tym nieprzyjaznym Amerykanom środowisku, w międzyczasie konstruując misterny plan ucieczki: trudny o tyle, że przede wszystkim musi zabrać ze sobą dziecko.

Tę historię znamy.

Opowieść Mahtob z tamtego okresu nie wnosi wiele nowego do wydarzeń znanych z ”Tylko razem z córką”: dziewczynka ze swojej perspektywy dość szczegółowo wspomina relacje w rodzinie ojca,  asymilację w środowisku miejscowej szkoły i wśród Teherańskich rówieśników, wreszcie – zabawy, w których uczestniczyła wraz z kuzynostwem czy tęsknotę za ukochaną, pozostawiona w kraju maskotką. Wszystko to wskazywałoby na normalne dzieciństwo… gdyby nie wielokrotnie przywoływana przemoc wobec matki oraz poczucie permanentnego strachu przed ojcem/oprawcą. Właśnie ten strach finalnie okazuje się być najistotniejszym, kluczowym zagadnieniem książki: to uczucie, które towarzyszy bohaterce przez całe jej życie od momentu ucieczki z Iranu. W tym momencie zresztą rozpoczyna się właściwa historia Mahtob Mahmoody: historia kilkulatki – dziewczyny – kobiety, dotkniętej traumą przemocy i widmem notorycznego zagrożenia. Opis życia „po Teheranie” to przejmująca opowieść osoby pozbawionej jakiegokolwiek poczucia bezpieczeństwa, co przekłada się zarówno na jej stan psychiczny, kontakty międzyludzkie, jak też codzienną egzystencję sparaliżowaną nieustannym lękiem przed ojcem. W tym okresie życia Mahtob wraz z matką 32 razy zmieniały miejsce zamieszkania – w nie do końca irracjonalnej obawie, że zostaną odnalezione i skrzywdzone bądź rozdzielone. Utrudniało to nie tylko codzienność – pod znakiem zapytania stawały także tak oczywiste rzeczy, jak chodzenie do szkoły czy późniejszy wyjazd na wymarzone, psychologiczne studia (znamienne, że ofiary przemocy często wybierają kierunki naukowe, mogące w pewien sposób objaśnić „mechanizmy”, którymi mogli kierować się ich oprawcy). Mahtob Mahmoody w tym kontekście jawi się jako osoba niezwykle konsekwentna i wręcz bohaterska w swojej walce z niewidzialnym wrogiem: pomimo ciągłego zagrożenia i choroby, która podstępnie wykorzystała jej zrujnowany przez stres organizm, udaje jej się ukończyć Michigan State University, podjąć pracę zawodową, i – przede wszystkim – nie zwariować. Definitywne rozstanie z poczuciem strachu następuje jednak dopiero w momencie śmierci ojca, którego autorka do końca stara się zrozumieć, a tym samym mu wybaczyć.

Pierwszoosobową narrację cechuje w wielu miejscach stronniczość obrazująca wyidealizowany obraz „jedynie słusznej” politycznie i religijnie Ameryki. Mahtob wielokrotnie podkreśla w tym kontekście ogromną i niezbędną dla przetrwania rolę wiary katolickiej w swoim życiu, powołując się na Biblię i opiekuńczą rolę Boskiej Opatrzności, która – w jej mniemaniu – chroniła ją zarówno przed ojcem, jak i indoktrynacyjnym wpływem islamskiego – negowanego – otoczenia. Głos racjonalizmu równoważący te skrajne postawy należy do wujka dziewczyny (tego samego, który dążył do jej porozumienia z ojcem, pełniąc rolę mailowego mediatora pomiędzy Mahmoodym a jego córką):

Uważam, że… religia jest przyczyną większości nieszczęść człowieka, niezależnie od tego, o jakiej religii mówimy. Gdybyśmy całkowicie zlikwidowali religię i przestrzegali jednej prostej zasady traktowania innych taki sposób, w jaki sami chcemy być traktowani, znikłaby potrzeba istnienia wszystkich religii i przyczyna ludzkich krzywd [4].


[1] Cytat z przytaczanego przez autorkę wiersza Benjamina Franklina "Tkacz".
[2]„Tylko razem z córką” Betty Mahmoody ukazało się nakładem Wydawnictwa Tenten w roku 1992.
[3] Por. np. hasło w Wikipedii „Irańska rewolucja islamska”.
[4] Mahtob Mahmoody: „Nareszcie wolna”, Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2016, s. 351.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova.





Autor: Mahtob Mahmoody
Tytuł: Nareszcie wolna. 
Prawdziwa historia uprowadzonej dziewczynki 
z bestselleru "Tylko razem z córką"
Tłumacz: Łukasz Müller
Wydawnictwo: Znak Literanova, Kraków 2016
Ilość stron: 392

08 marca

Feminizm w czarczafie


Bliski Wschód roku 2011. Tunezja tuż po „jaśminowej rewolucji” i obalonych rządach prezydenta Zajna Ben Alego. Libia po śmierci Mu’ammara al-Kadafiego. Egipt pod rządami Mubaraka, Liban – Hezbollahu. Zamieszki na granicy z Syrią, demonstracje na Kairskim Tahrirze. Tłem dla powieści Ece Temelkuran, tureckiej dziennikarki i publicystki jest „arabska wiosna”: wraz z działaniami wojennymi, wyrachowaną grą państw Zachodu [1] i przemianami społecznymi wpływającymi na osoby cywilne, ze szczególnym wskazaniem na oczekujące radykalnych zmian kobiety, uciskane zarówno przez dominującą w tamtejszym regionie religię islamską, jak i patriarchalną obyczajowość.  

„Taniec w rytmie rewolucji”[2] to historia szaleńczej podróży przez większość krajów objętych zamieszkami: trzy kobiety, przypadkowo poznające się w tuniskim hotelu wyruszają w nieznane pod wpływem niebywale charyzmatycznej, tajemniczej, podstarzałej kurtyzany – Madame Lilli. Cel ich podróży początkowo pozostaje niewyjaśniony; z czasem jednak przewodniczka uchyla rąbka intrygi, u podstaw której leży zawiedziona miłość i chęć zemsty na dawnym kochanku. Amira – tunezyjska tancerka, odrzucona przez rodzinę ze względu na kulturową ortodoksyjność, skrywająca niezwykłe uczucie do mężczyzny, który z jej powodu dokonuje religijnej przemiany; Maryam – krótkowłosa uniwersytecka historyczka z Kairu, specjalizująca się w miejscowych maternistycznych mitach, wypierająca na wszelkie sposoby swoją kobiecość; wreszcie – bezimienna opozycyjna dziennikarka z Turcji, powieściowe alter ego autorki: w odruchu niezidentyfikowanego, pierwotnego instynktu żeńskiej solidarności porzucają wszystkie swoje dotychczasowe sprawy, aby podjąć wyzwanie prowadzące ostatecznie do odkrycia… prawdy o samych sobie.

Książka Temelkuran dotyka niezwykle aktualnej kwestii: statusu kobiet na Bliskim Wschodzie, zarówno w kontekście przedrewolucyjnym, jak i po rzekomej „odwilży”, która w rzeczywistości nie przyniosła spodziewanej wolności, wyzwolenia się z religijnego radykalizmu szariatu i autodecydentalnych możliwości [3]. I bohaterki, i drugoplanowe kobiece postaci reprezentują w tym świetle różnie intensyfikowane postawy feministyczne: od nieświadomego pragnienia zmian w codzienności, po anarchofeministyczną potrzebę zaangażowanej walki, zarówno z mężczyznami, jak i panującym systemem. Zdają sobie jednak sprawę ze swojej przegranej pozycji, warunkowanej nieubłaganymi konwenansami: „Ściszałyśmy nasz śmiech, by nikt nas nie usłyszał, a on stawał się coraz bardziej szalony. Właśnie usłyszałyśmy czyjś krzyk w drzwiach. Jak wszyscy mieszkańcy Bliskiego Wschodu, święcie przekonani, że za każdą chwilę szczęścia czeka ich kara wcale się nie zdziwiłyśmy i natychmiast poczułyśmy się winne” [4] – pisze w zbiorowym imieniu autorka. Jej rola staje się w tym przypadku znamienna: to właśnie ona staje się nośnikiem głosu milionów zawiniętych w czadory i burki kobiet, które dotychczas tego głosu nie miały (i, mimo przemian, nie mają nadal). Temelkuran stwierdza nawet, że „My możemy mieć cos do powiedzenia tylko wtedy, gdy same spisujemy swoje opowieści” [5]. Dobitnie podkreśla to pozornie autonomiczną wspólnotowość mieszkanek krajów Wschodu: w zdominowanym przez mężczyzn świecie zdane są same na siebie, na swoje siostrzane, ciche wsparcie. W oczach Arabskich mężczyzn kobieta jest niczym; tylko osoba o podobnym statusie społecznym – inna kobieta – może ją zrozumieć. Stąd też w powieści Temelkuran bohaterki, których życiowym powołaniem jest konsekwentna praca na rzecz „sióstr”, i przekonanie tych,  „(…) które cały czas czują się bezwartościowe, że mają wartość” [6]. W opisach tej skomplikowanej rzeczywistości znakomicie sprawdza się dziennikarskie pióro autorki: „Taniec w rytmie rewolucji” to słaba powieść (zwłaszcza ze względu na przydługie i nużące interpretacje mitologicznych inskrypcji królowej-bogini Dydony oraz nieco infantylne listy kochanka Amiry), ale znakomity reportaż o życiu muzułmańskich kobiet na terenach ogarniętych bratobójczą wojną.

Okładkowa zapowiedź głosi, że powieść Ece Temelkuran to „Bliskowschodnia, egzotyczna wersja Thelmy i Louise”. Otóż nie – ta książka to najnowszy, furiacki „Mad Max” (z jego feministyczną perspektywą w pełni), prowadzący bohaterki poprzez ogarniętą wojną pustynię ku wolności. I podobnie jak ten (sześciooskarowy zresztą!) film zawierający wiele znakomitej scenografii i make-up’u – „Taniec w rytmie rewolucji” posiada niezbyt górnolotną fabułę, nie ujmującą przy tym niczego z jego brawurowego i prowokacyjnego spojrzenia na los bliskowschodnich kobiet. To mimo wszystkich minusów bardzo ważna pozycja wydawnicza, zwracająca uwagę na jeden z najbardziej aktualnych problemów świata. Należy koniecznie przeczytać.


[1] Por. Ece Temelkuran: „Taniec w rytmie rewolucji”. Wydawnictwo PWN, Warszawa 2015, s. 234
[2] Amira, jedna z bohaterek mówi w książce (nieświadomie nawiązując do anarchofeministki Emmy Goldman): „Po co mi rewolucja, skoro nie mogę tańczyć!”. Cytat j.w., s. 42; por. również Emma Goldman: „Anarchizm i inne eseje”, Wydawnictwo Oficyna Bractwo „Trojka”, Poznań 2015.
[3] Patrz: Aneta Wawrzyńczak: „Ciemna strona Arabskiej wiosny – jak rewolucja zawiodła kobiety”. Wirtualna Polska, dostęp z 27. 02. 2016.
[4] Ece Temelkuran: „Taniec w rytmie rewolucji”. Wydawnictwo PWN, Warszawa 2015, s. 186.
[5] Tamże, s. 266
[6] Tamże, s. 430
 


Autor: Ece Temelkuran
Tłumacz: Piotr Kawulok
Wydawnictwo: PWN, Warszawa 2015
Liczba stron: 552
Książkę do recenzji otrzymałam od portalu biblioNETka.pl, i dla niego został napisany powyższy tekst. Można go przeczytać TUTAJ.


18 lutego

Tomek Sawyer w sukience

Gdyby Truman Capote, Mark Twain czy John Steinbeck odrodzili się po śmierci jako kobiety, z pewnością byliby Donną Tartt - tylko ona obecnie potrafi w tak naturalnie doskonały sposób pisać o niechętnej adolescencji w dusznej atmosferze amerykańskiego Południa. To autorka o rzadkim darze oglądania rzeczy zwyczajnych przez pryzmat niesamowitości - i tę umiejętność sprawnie przelewa na papier w formie swoich grubych, przesyconych magicznym realizmem powieści. Śmiało można już dziś powiedzieć, że gdzieś pomiędzy Harfą traw a Myszami i ludźmi plasują się zatem trzy dotychczasowe książki Donny Tartt, z właśnie wydanym przez Wydawnictwo Znak Literanova Małym Przyjacielem na czele.


Pierwszoplanową bohaterką Małego Przyjaciela jest dwunastoletnia Harriet, tropiąca w towarzystwie swojego rówieśnika, Hely'ego, sprawę tajemniczej śmierci brata. Niewyjaśnione zabójstwo sprzed kilkunastu lat, które zburzyło spokój i tak niestabilnej rodziny, aktualnie spędza sen z powiek nastolatki biorącej sobie za punkt honoru jego rozwikłanie. A ścieżki do niego prowadzą poprzez typowe, prowincjonalne, amerykańskie miasteczko: ze szkółką niedzielną i bibliotecznymi konkursami dla dzieciaków, z letnim obozem religijnym, z podziałem na "białych" i "czarnych", biednych i bogatych, panie z Garden Clubu i handlarzy narkotyków, z nawiedzonym kaznodzieją i wyrachowanym handlarzem samochodów... W takim otoczeniu egzystuje klan Cleve'ów - a raczej kobiety, które z niego pozostały. To feminarne środowisko drugoplanowe cechują rozmaite podziały, niesnaski i uszczypliwości, jednak niezaprzeczalne jest, że wartości rodzinne i pełna czułości pielęgnacja wspomnień o zmarłych są dla nich najważniejsze. Śmierć małego Robina stanowi jednak traumatyczną barierę - z jej chwilą w rodzinie umarła dziecięca radość, której ani łobuzerska, zbuntowana Harriet, ani jej eterycznie-oniryczna siostra Allison nie potrafiły wskrzesić. Tej radości, a wraz z nią - normalności (tu zwraca uwagę fenomenalnie nakreślona postać borderline'owej matki w depresji) dorastające dziewczęta potrzebują najbardziej, a nie jest w stanie im ich ofiarować ani dość ostra babka, ani - skądinąd kochające - ciotki. Harriet radzi sobie zatem sama, nieustannie przy tym pakując się w rozmaite kłopoty i sprzeciwiając się całą swoją postawą zarówno wszechobecnej "dziewczyńskości" (via rodzina i szkolne koleżanki) jak i ówczesnej obyczajowości, co przewrotnie realizuje sympatyzując z czarnoskórą służącą i latoroślami miejscowych biedaków. Przede wszystkim jednak poszukuje zemsty na domniemanym zabójcy...

Postać chłopczycowatej Harriet, niezbyt zachwyconej domowymi, stereotypowo kobiecymi czynnościami, nieustannie zanurzonej w literackie światy przeczytanych książek, może stanowić alter ego autorki, która, mimo całej swojej niechęci do opowiadania o życiu prywatnym wspominała o swoim dzieciństwie spędzonym wśród ciotek i babć, gdyż jej matka "kompletnie nie nadawała się do wychowywania kogokolwiek[1]". Faktem jest, że ten dziwny układ rodzinny wykształcił (podobnie zresztą jak w niniejszej książce) jednostkę o niebanalnej wyobraźni i niezłomnym charakterze. Może to i dobrze - literaturze potrzeba zarówno takich bohaterek, jak i... autorek. 

Mały Przyjaciel jest jedną z najlepszych stylistycznie powieści, jakie ostatnio zdarzyło mi się czytać; nagrody, które otrzymała (Orange Prize i WH Smith Literary Award), są w pełni zasłużone: to fabularna uczta, którą doskonały język wizualizuje niczym filmowe obrazy Petera Weira - niejednoznacznie i magicznie pod płaszczem pozornej zwyczajności. W polskiej edycji wielkim atutem książki jest jej wydanie: twarda okładka z obwolutą skrywającą trafnie nawiązujący do treści fragment obrazu Melchiora de Hondecoetera Zając i piękny, kremowy papier - Znak bardzo się stara, aby estetyka zewnętrzna dorównywała znakomitemu tekstowi w środku. Rzecz przepyszna: szkoda bardzo, że autorce tak wiele czasu zajmuje pisanie. Z niecierpliwością czekam na jej kolejną powieść, a tę - jak najbardziej polecam.



Autor: Donna Tartt                         
Tytuł: Mały Przyjaciel 
Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2016
Liczba stron: 608








Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova:

20 grudnia

Równa babka

Wiele gwiazd świata radia, telewizji, kina, teatru, literatury publikuje swoje wspomnienia: w formie auto- lub spisanej przez kogoś biografii, często również w formie nieprasowego wywiadu rzeki: zbyt długiego do świątecznego numeru popularnego magazynu, objętością zamykającego się w całkiem grubej, wielostronicowej książce (co też przeważnie owocuje spektakularną, sygnowaną znanym nazwiskiem wydawniczą premierą). Tak też stało się w przypadku Ewy Drzyzgi: popularna TVN-owska dziennikarka odpowiedziała na ogromną ilość pytań Beaty Nowickiej, które stały się kanwą książki Jak ja to robię - obowiązkowej pozycji dla studentów dziennikarstwa, fanów "Rozmów w toku" i pre- numeratorów "TeleTygodnia". 

Wśród poruszonych tematów, oprócz rzecz jasna faktów z prywatnego życia prezenterki, dominuje praca: Drzyzga daje poznać się jako niestrudzona pracoholiczka, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. W swoich wspomnieniach przywołuje pracę w raczkującym wówczas radiu RMF, które stało się dla niej twardą szkołą dziennikarskiego życia - co, jak się później okazało, znacznie ułatwiło start w jakże odmiennej od radia telewizji. Większość pytań dotyczy jednak przede wszystkim pracy nad "Rozmowami w toku" - dowiadujemy się z nich wielu zakulisowych, niemedialnych szczegółów: o nietuzinkowych osobach, które z programem współpracują, ale i o jego gościach, którzy wymagają wyjątkowej, empatycznej opieki i nierzadko wsparcia również poza "szklanym ekranem".
Najcenniejszym elementem niniejszego wywiadu są jednak wnioski, które dziennikarka po wielu latach pracy z okre- ślonymi reprezentantami najróżniejszych grup społecznych wyciąga: chociażby niebywale trafna diagnoza dzisiejszej młodzieży okołogimnazjalnej i starszej, czy też cudownie feministyczne spostrzeżenia na temat swoistego progresu zachowań kobiet (i ich odwagi w podejmowaniu autodecyzji) na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.

Elementy biograficzne Drzyzga uzupełniła fotografiami ze swojego domowego archiwum: możemy zobaczyć zatem małą, nieco obrażoną Ewcię na zdjęciu z pielęgniarkami, czy też wzruszające dla dziennikarki chwile spotkania z pa- pieżem Janem Pawłem II. Z książki wyłania się zatem portret sympatycznej kobiety - może nie "dziewczyny z są- siedztwa" (trochę ciężko mi się utożsamiać z kimś, kto ma ogrodnika, a do pracy jeździ z szoferem), ale "równej babki", która - i owszem! - może imponować swoim zaangażowaniem w to, co robi. I przede wszystkim - w przeciwieństwie do znacznej większości celebrytów - nie jest głupia. 

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova -> 




Autor: Ewa Drzyzga, Beata Nowicka
Tytuł: Jak ja to robię
Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2015
Liczba stron: 288

30 listopada

Szalone lata pięćdziesiąte


Niech Was nie zmyli tytuł tej wydanej przez Marginesy pozycji: „Sylvia Plath w Nowym Jorku, lato 1953” autorstwa Elizabeth Winder wcale nie jest biografią znanej pisarki i poetki. To obraz Stanów Zjednoczonych lat 50. wraz z kon- tekstem historyczno-literackim i analizą konserwatywnego społeczeństwa z czasów przed rewolucją obyczajową, która dopiero dziesięć lat później zliberalizowała zarówno opinię publiczną, jak i kanon zachowań typowej młodej Ame- rykanki. To także charakterystyka zwyczajnej dwudziestolatki: kobiety u progu życia pełnego perspektyw, uczącej się – często metodą prób i błędów – podejmowania przyszłościowych decyzji.

Postać Sylvii Plath stanowi niejako pretekst do zebrania opowieści uczestniczek letnich praktyk dziennikarskich w re- dakcji poczytnego magazynu dla kobiet: modowo-kulturalno-literackiego „Mademoiselle”. W każdym roku wydawania pisma[1], w okresie wakacyjnym, dwadzieścia dziewcząt z całego kraju (szczegółowo dobieranych i weryfikowanych pod względem umiejętności) dostawało szansę wyrwania się ze swoich nierzadko prowincjonalnych miejsc za- mieszkania, by na własne oczy zobaczyć - i zachłysnąć się - blichtrem Nowego Jorku. Z ich wspomnień, które Elizabeth Winder pieczołowicie zgromadziła, dowiadujemy się, jakie relacje panowały zarówno między mieszkankami żeńskiego hotelu Barbizon, jak i w redakcji; jakie posiadały marzenia (zobaczyć Nowy Jork, a potem wrócić „do siebie”, by prowadzić życie przyzwoitej żony i matki[2]), jakich używały kosmetyków, jak się czesały, jakie ubrania były odpowiednie według nich na daną okazję, z kim się spotykały, co jadły. Pomiędzy kartami książki plączą się, niczym w damskiej torebce, ówczesne drobiazgi niezbędne każdej dwudziestolatce: szminki od Max Factor w najróżniejszych odcieniach intensywnej czerwieni, nylonowe pończochy, wsuwki do włosów, kostiumy kąpielowe, nowoczesne, nabłyszczające szampony, staniki z fiszbinami, luksusowe kremy… Poprzez taki pryzmat można odnieść wrażenie, że wakacyjny staż stanowił dla uczestniczek swoiste targowisko próżności, ale jest wręcz przeciwnie: każda z dziewcząt, oprócz oczywistej wiedzy o modzie i urodzie, musiała podsiadać obycie literackie i doskonałe umiejętności warsztatowo-pisarskie, dzięki którym mogła zostać przydzielona do odpowiedniego stanowiska w redakcji, i – co się z tym wiąże – ciężkiej dziennikarskiej pracy. Ze wspomnień koleżanek wynika, że Sylvia w tym wypadku była nieco poszkodowana, gdyż posadę w dziale literackim otrzymała inna stażystka (Candy Bolster), co umożliwiało jej spotkania z najciekawszymi pisarzami Ameryki, w tym z uwielbianym przez Plath Dylanem Tomasem. Zresztą codzienne dni młodziutkich dziennikarek po brzegi wypełnione były spotkaniami z celebrytami (Plath przeprowadziła m.in. wywiad  z pisarką Elizabeth Bowen, poznała także dramaturga Williama Inge i projektantkę modową Anne Fogerty), przyjęciami, balami towarzyskimi i wizytami w rozmaitych instytucjach (np. w siedzibie ONZ), gdzie obecność była bezwzględnym redakcyjnym wymogiem. Na sprawy prywatne pozostawało więc niewiele czasu, jednak ambitne, pełne młodzieńczej witalności i fascynacji światem dziewczęta robiły wszystko, aby wygospodarować czas na wielkomiejskie zakupy… i randki z nowopoznanymi chłopcami.

Ważnym elementem książki są fotografie, pochodzące z sierpniowego numeru „Mademoiselle” będącego pokłosiem wakacyjnego stażu Plath i jej koleżanek: można na nich zobaczyć szczęśliwe, roześmiane redaktorki, które jednak po latach wspominają, że sesje bywały pełne łez i potu, a praca modelki wcale nie jest tak łatwa, jak można wnioskować z kolorowych stron różnorakich pism. Oprócz nich w książce można zobaczyć nieliczne archiwalne zdjęcia Sylvii, oraz… reklamy kobiecych produktów z lat 50., co jest sympatycznym akcentem, dopełniającym obrazu codziennego życia młodych Amerykanek.

Samej Sylvii Plath w książce jest jednak niewiele; lato 1953 roku to okres podczas którego w swoich nieustannie przecież prowadzonych dziennikach zapisała zaledwie jedno zdanie. Elizabeth Winder próbuje zatem zrekonstruować tę nieopisaną przez Plath codzienność, co generalnie jej się udaje, zwłaszcza, że do dyspozycji posiada wspomnienia innych dziewcząt, związanych wówczas z redakcją „Mademoiselle”. Nie do końca mimo wszystko jasny jest zamysł autorki mający na celu zobrazowanie, w jaki sposób pobyt Sylvii Plath w Nowym Jorku zmienił jej dalsze życie, a zwłaszcza jaki posiadał wpływ (co autorka zdaje się sugerować) na podjęcie przez nią jednej z pierwszych prób samo- bójczych. Według Winder przede wszystkim to właśnie przemęczenie pracą w redakcji zaowocowało u Plath twórczą blokadą (pisarka miała po powrocie z Nowego Jorku złożyć pracę dyplomową o twórczości Joyce’a), zbiegło się także w czasie z wyjazdem do wojska jej ówczesnego chłopaka, Gordona, który starał się ją wspierać swoją obecnością podczas depresyjnych załamań. Równie dobrze jednak mógł być to wczesny objaw zdiagnozowanej nieco później u Plath cho- roby afektywnej dwubiegunowej, z którą pisarka zmagała się aż do swojej śmierci w roku 1963. Istotne jest, że tamtą samobójczą próbę przeżyła, a jako element autoterapii i literackiego konfesjonizmu stworzyła na wpół biograficzną po- wieść, która przyniosła jej sławę „pisarki wyklętej”: kultowy „Szklany klosz”, odnoszący się bezpośrednio do wydarzeń lata 1953 roku.

Książka Winder to niebywale ciekawa pozycja, ilustrująca codzienne życie młodych kobiet w latach 50. XX wieku, odsłaniająca zarazem kulisy pracy redakcyjnej w wielkich modowych magazynach.  Najważniejsze jest jednak, iż biografią w dokładnym tego słowa znaczeniu nie będąc, stanowić może cenny biograficzny przyczynek, niezbędny do analizy zarówno życiorysu, jaki i twórczości Sylvii Plath.

[1]Tutaj w 1953; „Mademoiselle” ukazywało się od roku 1935.
[2]Znamienne jest, iż kobiety nie miały  wtedy jeszcze świadomości, że można (wypada!) postępować inaczej, choć u niektórych stażystek „Mademoiselle” zalążki rewolucji zaczynały już powoli kiełkować – co zresztą książka Winder ciekawie obrazuje.



Egzemplarz recenzencki otrzymałam od portalu BiblioNETka.





Autor: Elizabeth Winder
Tytuł: Sylvia Plath w Nowym Jorku, lato 1953
Wydawnictwo: Marginesy, Warszawa 2015
Liczba stron: 320

30 października

Wypędzenie z krainy czarów


    Sylwia Chutnik za pomocą swojego ubiegłorocznego zbioru rozproszonych opowiadań gwałtownie wyciąga czytelnika z bezpiecznej krainy dzieciństwa, serwując mu przyspieszony kurs dorastania. 

   Punktem startowym literackiej jazdy bez trzymanki staje się śmierć dziadka z otwierającego tom tytułowego utworu: jest to symboliczne zakończenie pewnego życiowego etapu, zmuszające do konfrontacji z już nie beztroską dorosłością, która oferuje zupełnie niedziecięce doznania, opisane w kolejnych rozdziałach (etapach) ironicznie różowej jak grzywka Autorki książki. Są w niej zatem i średnio udane małżeństwo, niewidzialne z punktu widzenia dorosłych dziecko, opieka nad schorowaną, wymagającą matką,  ("Anna"), tęsknota za latami młodości i minioną sławą ("Pola"), płatny seks i świadomość własnego upadku ("Bożena z Poznańskiej"), poczucie nijakości ("Wszystko zależy od pani"), wynikłe z samotności doświadczenia homoerotyczne ("Niewinne czarodziejki"), zmagania z własną niemożnością ("Pan Tadeusz"), uzależnienie od matki ("Dancing"), negatywne skutki opętania wiarą ("Przeszkadzały"), konfrontacje z wyrzutami sumienia historii ("Muranooo"), wreszcie - nieuchronnie czyhającą na końcu każdego życia - śmierć ("Piwnica"). Wszystkie te etapy łączy fakt permanentnej tęsknoty za czymś minionym (zmarłym mężem, dziadkiem, kotem; rodzicami, którzy w czasie wojny obiecali wrócić - i nie wrócili; za normalnością; za oddaną dawno temu córką), stąd też wyłania się ta mityczna, tytułowa "kraina czarów": jest to tam, gdzie KIEDYŚ było dobrze, wszystko było, jak być powinno, a najbliżsi byli obecni jakby nigdy i nigdzie nie odchodzili - do której jednak w chwili obecnej nie ma już powrotu. Raj został zamknięty.

    Konstrukcyjnie kluczem książki jest zatem swoiste axis mundi - granica, oś świata pomiędzy teraz, a kiedyś; między życiem a śmiercią, między tym co wyobrażone i zapamiętane, a tym co rzeczywiste; z miotającym się człowiekiem uwięzionym w samym jej środku wraz ze swoimi codziennymi problemami, zawieszonym pomiędzy chęcią powrotu do minionego - a koniecznością progresu; każdy z bohaterów Chutnik trwa w impasie, który - paradoksalnie - zakończyć może jedynie definitywne odejście (zamykając koło i wracając do punktu wyjścia).

   Opowiadaniom z tomu "W krainie czarów" stylistycznie blisko jest do reportażu: w narracji często głos oddany zostaje przedstawianym postaciom, dzięki czemu każde z nich sprawia wrażenie zasłyszanej (bo pewnie i tak było) historii, opowiedzianej w warszawskim tramwaju czy w zieleniaku; zresztą - stolica w całej twórczości autorki jest wszechobecna. Chutnik na tej doskonale znanej sobie topograficznej płaszczyźnie sprawnie żongluje emocjami, brutalnie zderzając nieróżową (via okładka) rzeczywistość ze wspomnieniami, rozdrapując bohaterom rany, wkładając w nie paluchy i obficie sypiąc na nie sól słowa; wrażliwy czytelnik z potyczki z tą książką wychodzi rozbity, rozedrgany, w gorączce - w końcu każdemu zdarza się "spławić" telefonicznie dziadka pod pretekstem pracy (a może to był ostatni telefon od niego?), znaleźć jego nierozpakowane skarpetki, których nigdy nie użyje, spojrzeć w ostatnie przedśmiertne uchylenie kociego oka, odnaleźć zagubioną zabawkę (historię?) zmarłego dziecka. 

    Znakomita książka znakomitej autorki, która pięknie literacko ewoluuje, i od zbuntowanej Grrrl Riot przechodzi do wysublimowanej stylistyki Borgesa czy Capote'a. Zdecydowanie warto sięgnąć.


Książka otrzymała nominację do Nagrody Nike 2015.




Sylwia Chutnik
Znak Literanova
Kraków 2014



12 października

"Jesteś tylko kobietą", Mademoiselle Chanel

   

Książka Christophera W. Gortnera NIE JEST o modzie. Nie jest także o perfumach, o "małej czarnej", ani o perłach. Nie jest nawet o miłości. To książka o kobiecej sile i determinacji, których tłem jest powoli przemijająca epoka modernizmu i nadchodzący nowoczesny wiek XX. 

"Robienie tego, czego się ode mnie oczekuje, było ostatnią rzeczą, jakiej pragnęłam."*  
                                                                      s. 217

"Mademoiselle Chanel" jest pozycją dogłębnie feministyczną, obrazującą życie kobiety w świecie zdominowanym przez mężczyzn i obyczajowe konwenanse, uzależniające każdą decyzję i normujące codzienność. To właśnie im wojowniczo stawia czoła tytułowa bohaterka, walcząc zarówno o swoją niezależność finansową (prawo do własności sklepów, które dotychczas posiadali jedynie mężczyźni) jak i uczuciową (możliwość wyboru towarzyszy życia, czy też... przyjaciół, często mocno nienormatywnych). Chanel zobrazowana zostaje w żeńsko-opozycyjnej postawie wobec świata; jej wewnętrzny liberalny egalitaryzm obejmuje zarówno potrzebę równouprawnienia kobiet i mężczyzn: od wspomnianej możliwości prowadzenia własnego biznesu, po publiczne palenie papierosów, czy... jazdę na koniu w męskiej pozycji (nie "bokiem", jak robiły to wysoko urodzone panny), do której to bohaterka zaprojektowała i uszyła specjalne damskie bryczesy; dominująca w jej życiowej filozofii była również konieczność wyrównania różnic klasowych, które kilkukrotnie definitywnie unicestwiały jej plany zamążpójścia. Całe bowiem wyzwolenie Chanel nie polegało w naj- mniejszym stopniu na wykluczeniu mężczyzn z życiorysu; wręcz przeciwnie: przez biografię projektantki przewija się wielu kochanków, z którymi łączą ją różnego rodzaju relacje: od szaleńczej (jedynej!) miłości do Arthura "Boy'a" Capela, poprzez różnego rodzaju związki "transakcyjne" - z Etienne Balsanem, który wprowadził ją w świat Bohemy (a później mimo rozstania wielokrotnie udowadniał, że jest przyjacielem Coco) lub Dymitrem Pawłowiczem Romanowem (któremu po wygnaniu z Rosji projektantka zapewniła finansowy restart w Paryżu), po całkiem poważne (nieudane ze względu na konwenanse czy... śmierć) zamiary małżeńskie względem "Bendora" - Hugh Grosvenora, 2 księcia West- minsteru czy Paula Iribe, znakomitego ilustratora mody i założyciela nacjonalistycznego i antyżydowskiego pisma "Le Temoin" (przez które zresztą Chanel miała niemałe kłopoty po II wojnie światowej).

"Jeżeli o mnie chodzi, dawno już wzięłam ślub: ze swoją pracą." 
                                                                                                                                                                                                                                                           s. 215

W książce Gortnera pokazana jest bardzo ważna kwestia autodecydentalna: bohaterka bierze na siebie odpo- wiedzialność za wszystkie swoje decyzje, których dokonuje z pełną świadomością i pod wpływem dogłębnych prze- myśleń. Stąd też fascynujące opisy jej przedsięwzięć (czasem błędnych, jak przykładowo podpisanie umowy z firmą dystrybuującą jej sławne perfumy Chanel No. 5 i jej późniejsze konsekwencje), dzięki którym można zobrazować sobie trud, jaki musiała podjąć kobieta na przełomie XIX i XX wieku, aby zrealizować swoje marzenia. Podstawową cechą charakteru, która umożliwiała Coco działanie w tych nieprzyjaznych dla kobiety czasach, była niesamowita pewność siebie. To dzięki niej, a może i dzięki szczypcie niepozbawionej wdzięku wrodzonej bezczelności objawiającej się miedzy innymi w niepokorności i ciętym języku, projektantka zaszła tak daleko, stając się kobiecą ikoną epoki. 

"Kobiety są zbyt inteligentne, żeby odrzucić zdrowy rozsądek." 
s. 578

Równie ważna jest wielokrotnie podkreślona w "Mademoiselle Chanel" kwestia samoświadomości bohaterki: zdaje ona sobie doskonale sprawę zarówno z własnej wartości, jak też z konieczności dokonywania pewnych wyborów - dość oportunistycznych, przede wszystkim na rzecz tych spraw, które gwarantują spełnienie i satysfakcję, co nawet dzisiaj wydaje się być pewnym komfortem. Chanel rezygnuje z wielu rzeczy - z zamążpójścia, z macierzyństwa - dla swojej pasji, gdyż tylko ona potrafiła jej dać prawdziwe zadowolenie.

"Zdawałam sobie sprawę, że gdybym została matką, 
                          musiałabym zrezygnować z własnych potrzeb."                                         
s. 350

Oprócz kluczowego, doskonale rozrysowanego psychologicznego portretu bohaterki w książce Gortnera (autora znanego skądinąd z biografii kobiet epoki elżbietańskiej), fascynujące jest doskonale przedstawione tło historyczne, z uwzględnieniem najważniejszych dla niego postaci i wydarzeń. Całość osadzona jest w topografii Francji, począwszy od małych miejscowości, w których Gabrielle Chanel spędziła nie najszczęśliwsze dzieciństwo i wczesną młodość (Aubazine, Moulins, Varennes-sur-Allier, Vichy) po rozbuchany kulturalnie Paryż schyłku wieku XIX, wraz z plejadą przewijających się przez jego zaułki najróżniejszych indywidualności ze świata sztuki, polityki i mody - często będących przyjaciółmi Coco. Warto wspomnieć chociażby obecnych na kartach książki Jeana Cocteau, Pablo Picassa, Igora Strawińskiego, Siergieja Diagilewa, Wacława Niżyńskiego, Raymonda Radiquet'a, Dymitra Romanowa, Paula Iribe, Hansa Günthera von Dincklage czy wreszcie... Winstona Churchilla. Większość artystów spotykała się w domu jedynej przyjaciółki Coco - Misi Godlewskiej/Sert, z którą projektantka związała się na wiele lat; tam też dojrzewały największe artystyczne dokonania epoki - dramaty Cocteau, obrazy Picassa i Dalego, balety Diagilewa, kompozycje Strawińskiego i... projekty Chanel.  Działalność paryskiej Bohemy przedstawiona została na tle nastających niepokojów w Europie, wzmagających się kryzysów gospodarczo-ekonomicznych, wzmożenia antysemityzmu i rozruchów robotniczych, finalnie, jak wiadomo, skutkujących wybuchem obydwu wojen. Ciekawym zabiegiem Gortnera jest rekonstrukcja biografii Chanel z okresu II wojny światowej; jest to pewnego rodzaju próba dyskretnej rehabilitacji projektantki, posądzanej wielokrotnie w latach powojennych o szpiegostwo i postawę antysemicką, co, jak zasugerowane jest w książce, mogło być efektem dokonania wspomnianych wyborów, niosących za sobą "mniejsze zło". 


"Szczęście jest dopiero na drugim miejscu. Nie rozumiesz tego - dodał, patrząc na mnie z pełnym politowania smutkiem - bo nie ciąży na tobie taka odpowiedzialność. Masz tylko swoje sklepy. Jesteś wolna." 
s. 369

Książka Christophera Gortnera to fenomenalna powieść, napisana lekkim, stonowanym, eleganckim jak stroje Chanel piórem. Delikatna, bardzo kobieca, pierwszoosobowa narracja od pierwszych stron fascynuje i przyciąga, stopniowo odsłaniając rzeczywisty obraz projektantki; czytelnik uzyskuje niemalże stuprocentową pewność, że Gabrielle Chanel taka właśnie była - subtelna, intrygująca, a jednocześnie silna, zdolna przeciwstawiać się całemu światu by spełniać swoje (wydawałoby się - nieosiągalne) marzenia. "Mademoiselle Chanel" niebywale mnie zaskoczyła - spodziewałam się biograficznego romansu z modą w tle, a otrzymałam znakomitą historię o kobiecej niezłomności. Bardzo polecam!


Za przedpremierowy egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Znak Między Słowami.







Christopher W. Gortner
Mademoiselle Chanel
Tłum. Maria Zawadzka
Między Słowami
Kraków 2015





*Wszystkie cytaty pochodzą z tego wydania.




11 marca

My, wy, one, oni...

Książka Żanny Słoniowskiej to proza kilkuaspektowa. Analizować można w niej zarówno tło historyczne, w którym przeplatają się losy Ukraińców, Polaków i Rosjan począwszy od czasów pierwszej wojny światowej, artystyczny świat Lwowa i dzieje kilku pokoleń twórczyń związanych z operą lub malarstwem, wreszcie – fascynujący obraz skomplikowanych relacji międzykobiecych, z dominującym pierwiastkiem archetypicznej matki, rozumianej w Jungowskim kontekście kompleksu matki u córki [1].

Powieść tę można, a nawet trzeba czytać jako kronikę losów ludności z pogranicza Polski i Ukrainy, oraz ich poszukiwań tożsamości, uwarunkowanej zarówno wydarzeniami historii XX wieku, jak też aktualnym dla ich danego miejsca pobytu ustrojem politycznym. Mamy tu bowiem do czynienia z czterema pokoleniami kobiet: pierwszy plan, również narracyjny, obejmuje najmłodsza z nich, jednak świat, który ogląda, zdeterminowany jest wspomnieniami kolejnych kobiet z rodziny: jej matki, babki, oraz prababki. Taki stan rzeczy, w dodatku osadzony w środowisku pozbawionym mężczyzn mających bezpośredni wpływ na ich domowe życie (kilkupokoleniowy schemat symbolicznego zabójstwa ojca, który obrazuje samowystarczalność kobiecą [2]) sprawia, że wszystkie te cztery kobiety stają się od siebie bezwzględnie zależne, a każda próba wyłamania się jednostki z – jakby nie było – bezpiecznego w nieustannym czasie wojny schematu, rodzi opór pozostałych. Wynika to z faktu, że każda z bohaterek okaleczona jest przez jakieś doświadczenia okołowojenne: Prababka pamięta Petersburg sprzed I wojny światowej, babka, Aba, II wojnę i bratobójczą wojnę polsko-ukraińską, matka – ustrojową rewolucję lat 80, którą zresztą jako działaczka przypłaci ikoniczną śmiercią. Lata późniejsze przyniosły względny spokój, który (dla córki) zburzyły zeszłoroczne wydarzenia z Majdanu, i aktualna, wciąż niespokojna sytuacja na Ukrainie. Każda z tych kobiet na swój sposób jest rewolucjonistką i wojowniczką, zarówno w walce z systemem, własną nieudolnością, czy z wewnętrznym poczuciem nieposiadania talentu w rodzinie pełnej artystów. Każda także jest uzależniona od swojej matki, co tworzy specyficzny łańcuch niemożliwych do zerwania powiązań. Bohaterki są na siebie skazane, gdyż w takim aspekcie relacji, co zresztą podkreśla Jung, nie mogą wyzwolić się od macierzyńskiej dominacji. Rodzą się zatem u nich kompleksy, które realizują się na dwóch płaszczyznach: pierwsza posiada hipernaturalne rozwinięcie cech żeńskich, i objawia się przejaskrawionym rozwinięciem instynktów (głównie popędu seksualnego i macierzyńskiego), drugi natomiast całkowicie stara się wyzbyć cech feminarnych, przerzucając swoje wewnętrzne projekcje na matkę, która wydaje się być ucieleśnieniem doskonałości. Stan ten w powieści jest stopniowany: o ile starsze kobiety swoje kompleksy względnie wyciszają, o tyle głośniej budzą się one w pokoleniu młodszym, przybierając najokazalszą formę u córki, obwarowanej przecież aż trzema (!) matkami. Ciekawą postacią jest tu Mikołaj, jedyny powieściowy mężczyzna: historyk sztuki i dawny partner Marianny, a obecny kochanek córki. Związek z nim, pozornie całkowicie normalny, staje się identyfikacją ze zmarłą matką; starszy mężczyzna staje się niejako jej substytutem, wynagrodzeniem za brak permanentnie aktywnej zawodowo i społecznie rodzicielki w życiu dziewczynki, nastolatki, a wreszcie młodej kobiety.
Książka niniejsza to również hymn na cześć sztuki, która obecna jest w życiu każdej z bohaterek, i niebagatelnie wpływa na ich losy zarówno zawodowe, jak i codzienne: Marianna jest znaną ukraińską śpiewaczką operową, Aba maluje obrazy (zrezygnowała ze studiów artystycznych na kategoryczne żądanie swej matki), wreszcie po śmierci Prababki wychodzi na jaw, że również trudniła się śpiewaniem, o czym świadczą znalezione w jej pokoju nuty i zdjęcia w burleskowych, kabaretowych stylizacjach z lat 20. Najmłodsza córka nie przejawia jakichś ogromnych talentów, co również generuje u niej kompleks niższości wobec idealizowanej matki (matek), stąd też jej fascynacja witrażem w kamienicy w której mieszkają, i mężczyzną zajmującym się jego ochroną jako nietypowego zabytku. Tutaj można pokusić się o odszukanie metafory, którą w kontekście witrażu może być sama Ukraina: zbudowana z różnobarwnych, wielokulturowych jednostek, osadzona w odwieczne architektoniczne europejskie ramy, poza którymi nie przetrwa: stąd też niezgoda na przeniesienie tego obiektu/witrażu w inne, wyznaczone przez nomen omen, oligarchę, miejsce.


Tekst Domu z witrażem zajął pierwsze miejsce w konkursie "To się musi powieść", organizowanym przez Wydawnictwo Znak Literanova. Słusznie, gdyż autorka (czy tożsama z pierwszoosobowym narratorem?) operuje pięknym, wysmakowanym, literackim językiem, ubierając proste czynności w poetyckie obrazy. Być może właśnie to – tworzenie słowem – jest ten malarski, zaginiony talent, który u siebie powinna odkryć bohaterka powieści. Przejmującego wymiaru dodaje książce nadal zaogniona sytuacja na Ukrainie, gdzie przecież cały czas żyją kobiety takie same jak te opisane w książce. Takie same jak my, kobiety w Polsce, Rosji czy w innych krajach świata. Warto jednak wypowiedzieć takie samo życzenie, jak cytowany w powieści ukraiński arcybiskup Bilczewski, piszący w liście do swojego polskiego przyjaciela, również kapłana: „Oby bratobójcza walka jak najprędzej się skończyła, boć przecież po wszystkim czeka na Sąd Boży” [3]. Niestety, koło historii, jak widać i w Domu z witrażem, i w najnowszych wiadomościach – znowu się zatacza.

[1] Por. Carl Gustav Jung: O naturze kobiety. Wydawnictwo Brama, Poznań 1992.
[2] W: Luce Irigaray: Ciało w ciało z matką. Wyd eFKa, Kraków 2000
[3] Żanna Słoniowska: Dom z witrażem. Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2015, s. 235.



Żanna Słoniowska
Wydawnictwo Znak Literanova
Kraków 2015



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Znak.