Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marginesy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marginesy. Pokaż wszystkie posty

17 września

Czy wiesz, co robi Twoja babcia?

„Ageizm (ang. agism i ageism, od age – wiek, wym. ejdżyzm; także: wiekizm) – dyskryminacja ze względu na wiek. Najczęściej, choć nie zawsze, dotyczy problemów na rynku pracy (tak z jej znalezieniem, jak i utrzymaniem). Widoczny jest także w lekceważącym traktowaniu osób starszych oraz braku oferty rozrywkowej i rekreacyjnej. Dotyka ludzi starych, postrzeganych jako niepotrzebnych (…).  W Polsce ofiarami ageizmu najczęściej padają kobiety po 35. roku życia oraz mężczyźni po 45.[1]”

Instagram MCB

Niech Was nie zwiedzie jaskrawokolorowa okładka książki „Najlepsze chwile w życiu” – pod tą optymistyczną, kwiecistą przykrywką powieść Maeve Haran dotyka bardzo gorzkiego problemu społecznego, którym w perspektywie globalnego kultu młodości staje się… starość. Hasło z Wikipedii nieco przerażająco głosi, że w Polsce ofiarami ageizmu najczęściej są kobiety po 35 roku życia – w tym rozumieniu bohaterki „Najlepszych chwil w życiu” są prawie że muzealnymi eksponatami, które jednak bardzo dobitnie obrazują wykluczenie (bądź nawet – auto(!)wykluczenie) osób starszych z życia publicznego.
Laura, Sal, Ella i Claudia to cztery zaprzyjaźnione „kobietki” po sześćdziesiątce – całkiem sprawne, a przynajmniej za takie same się uważają. Od ponad czterdziestu lat co miesiąc spotykają się w swoim babskim gronie na plotkach przy szampanie („zlot czarownic” – jak określa to żartobliwie Don, mąż Claudii), aby podzielić się swoimi problemami, i wysłuchać porad przyjaciółek. Jednak w ich  uporządkowanych przez tyle lat losach nagle zaczyna się coś dziać: Sal traci pracę, mąż Laury po trzydziestu latach małżeństwa odchodzi do firmowej koleżanki z którą będzie miał dziecko, Claudia przenosi się z ukochanego Londynu na nudną wieś, Ella, naciskana przez wmawiające jej chorobę Alzheimera córki, rozważa sprzedaż domu… Do tego jeszcze problemy sprawiają rodzice-staruszkowie, i dzieci z wnukami. Czy sześćdziesiątka to naprawdę dobry czas na radykalne zmiany?

Bohaterki „Najlepszych chwil w życiu” poza swoimi prywatnymi sprawami muszą stawić czoła permanentnej presji środowiskowej na bycie „young, fit & active”, nieustannie udowadniając wszystkim, że są zadbane, sprawne, potrzebne, samowystarczalne. Na dłuższą metę staje się to męczące, gdyż przez cały czas muszą „trzymać fason”, nie pozwalając sobie na najmniejsze zapomnienie, które mogłoby zostać wykorzystane przeciwko nim. Czy tak jednak jest naprawdę? Czy to może pokolenie lat 60., które jeszcze niedawno zmieniało obyczaje świata, samo stawia sobie zbyt wysokie wymagania, przestając umieć spontanicznie cieszyć się codziennością?

Książka Maeve Haran pokazuje życie współczesnych kobiet w pewnym przełomowym momencie: bycia zbyt starą, aby przynależeć do tweetującej, internetowej „młodzieży 30+” z ich wszystkimi iPhone’ami, Macami i zawodowymi ambicjami, oraz bycia zbyt młodą, aby dołączyć do, jak mówi autorka, „pań sprzątających kościół”[2]. Dużym problemem bohaterek oprócz społecznego wyobcowania staje się również poczucie samotności: ich dzieci dawno wyprowadziły się z domów i założyły własne rodziny, mężowie albo zmarli, albo zajmują się swoimi sprawami. Bez tradycyjnych obowiązków pozostaje im do zagospodarowania mnóstwo wolnego czasu, lecz przeszkodą w podejmowaniu jakichkolwiek działań staje się strach przed odrzuceniem i (często wmawiane przez innych) poczucie starości na tle nowoczesnego świata. Haran mimo tej niewesołej perspektywy napisała książkę niebywale optymistyczną: uświadamia, że każdy czas jest dobry na nowe przedsięwzięcia, a wartość człowieka nie jest liczona jego sprawnością i wiekiem, ale tym, co sobą reprezentuje. Przede wszystkim autorka jednak pokazuje, że należy cieszyć się codziennością, bez względu na – wyimaginowane lub rzeczywiste – społeczne presje.

Mimo tej refleksyjnej recepcji „Najlepsze chwile w życiu” są bardzo ciepłą, momentami zabawną powieścią: uśmiech budzą perypetie goth-córki Laury, Wacław – polski emigrant uczący Ellę korzystania ze smartfona, rozrywkowa matka Claudii… Czytelnik instynktownie odczuwa sympatię dla czterech „zakręconych babć”, nieustannie kibicując im w kolejnych przedsięwzięciach, bez znaczenia, czy jest to pielenie ogródka sąsiadów czy nowa praca. W tym kontekście można przytoczyć krążącą w Internecie anegdotę z pewnej kwalifikacyjnej rozmowy:
„- Dzień dobry, proszę usiąść. Ile ma pani lat?
- Och, bliżej mi do 30 niż do 20 - mówi kokieteryjnie kandydatka.
- To znaczy ile?
- 50…”
Dokładnie tak można streścić słodko-gorzką fabułę książki Maeve Haran, która bardzo słusznie otwiera oczy na problem współczesnej kobiecej starości.

[1] Wikipedia, patrz hasło: ageizm.
[2] Maeve Haran: Najlepsze chwile w życiu. Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016, s. 306.

 Recenzja napisana dla portalu biblioNETka.pl, od którego otrzymałam książkę <3 
Można przeczytać ją TUTAJ.





Autor: Maeve Haran
Wydawnictwo: Marginesy, Warszawa 2016
Liczba stron: 560



Ocena recenzenta: 5/6


10 października

Co gra w duszy Miquela Gensany

„(…) gdy słucham mojego Albana Berga, nie ma na świecie osoby zdolnej powstrzymać mój smutek. Mało kto potrafi zrozumieć jego przyczynę. Najbardziej dręczy mnie to, że nie jestem ani muzykiem, ani malarzem, ani poetą, tylko zwykłym pieprzonym dyletantem, owszem, bardzo wrażliwym, ale niezdolnym do tworzenia [1].”

Nie potrafię słuchać muzyki klasycznej. Jedynie z wrodzonej ciekawości i konsekwencji w tropieniu kontekstów sięgnęłam po skrzypcowy koncert Albana Berga[2], na którym według wstępu Anny Sawickiej, tłumaczki „Cienia eunucha” opiera się konstrukcyjna struktura nowowydanej przez Marginesy książki Jaume Cabrégo. I… nic. W opiewanym, ponoć znakomitym utworze słyszę jedynie monotonny, kakofoniczny chaos, przysparzający bólu głowy i powodujący rozdrażnienie. Nie jestem w stanie z natłoku dźwięków wyodrębnić, a co więcej – utożsamić z jednocześnie czytaną treścią postulowanych przez Sawicką i autora części andante, allegretto, allegro czy adagio; nie zauważam ani kody, ani requiem, domyślnie jedynie zakładając, że zapewne wybrzmiewa ono w momencie, kiedy w powieści ktoś umiera. Być może jeżeli tę książkę czytaliby Bogusław Kaczyński czy Janusz Ekiert w ich percepcji jawiłaby się jako kompozycyjne opus magnum, jednakże przeciętny, niezbyt wprawiony muzycznie czytelnik odnajdzie w niej przede wszystkim znakomitą powieść obyczajową, nieco filozoficznie rozprawiającą o nieuchronności przemijania i konsekwencjach ludzkich poczynań. W kwestii aranżacji pozostaje zatem zaufać Cabrému i jego tłumaczce: skoro obydwoje twierdzą, że powieść ma muzyczną konstrukcję, zapewne oczywiście tak jest. Smutno mi tylko, że będąc niczym bohater „Cienia eunucha” „zwykłym, pieprzonym dyletantem” nie jestem w stanie jej usłyszeć.


„Nie spodziewam się, że mnie usprawiedliwisz ani że zrozumiesz wszystko, co się działo w moim życiu. Proszę cię tylko, żebyś mnie wysłuchał, a kiedy skończysz czytać, postaraj się mnie nie znienawidzić. Pomyśl, że ja tego nigdy nikomu nie mogłem opowiedzieć [3].”

Życie książkowego Miquela Gensany i jego wielopokoleniowej rodziny można opowiedzieć w jeden wieczór. Pretekstem do tego staje się kolacja z Julią, redakcyjną koleżanką bohatera, w niefortunnie wybranym gastronomicznym lokalu, który okazuje się być dawnym, utraconym domem familii Gensana. Pobyt w nim budzi w Miquelu wspomnienia i najgłębiej skrywane demony wyrzutów sumienia; kolacja, która miała na celu zebranie informacji do artykułu prasowego o Josepie Marii Bolósie, tragicznie zmarłym parlamentarzyście i przyjacielu Gensany z lat młodości, przekształca się w konfesyjny koszmar i retrospekcję całej biografii mężczyzny. Miquel mimo doskonałego pierwszego wrażenia jest nieidealny: nieustannie goniony realizacją swoich pragnień i pomysłów zaniedbuje rodzinę, permanentnie przekładając ponad bliskich swoje nierzadko wyimaginowane potrzeby, niespełnione miłości i ideologiczne mrzonki. Gdy on żyje intensywnym życiem lewicującego antyfrankistowskiego rewolucjonisty, Gensanowie tracą kolejno fabrykę włókienniczą [4], posiadłość, wreszcie – stopniowo sami wymierają lub rozpierzchają się po świecie, pozostawiając „Wyklętego bez Ziemi” jedynym spadkobiercą rodowej linii. Ignorancja i brak zainteresowania Miquela rodzinnymi sprawami doprowadza do sytuacji, w której jedyną osobą znającą historię Gensanów jest na wpół obłąkany, umierający wuj Maurycy, z którego zagmatwanych wspomnień bohater próbuje zrekonstruować swoją genealogię. Co jednak jest prawdą, a co wymysłem chorego umysłu? Gdzie wuj przytacza rzeczywiste wydarzenia, a gdzie najzwyczajniej, zresztą ku swojej nieskrywanej radości, perfidnie zwodzi Miquela? Nauczką dla bohatera jest niepewność i świadomość zaniedbania własnej historii wraz z przeświadczeniem, że rodzina jest jak truskawkowe drzewo zasadzone w ogrodzie Gensanów – trzeba pielęgnować ją od korzeni, inaczej uschnie i nigdy nie wyda owoców.

„Według mnie są trzy sposoby na nieśmiertelność, których się dorobiliśmy: dzieci, sposób najczęściej stosowany, religia, sposób najbardziej prestiżowy, i sztuka, sposób najbardziej ze wszystkich wysublimowany. Ale co zostaje komuś takiemu jak ja, bezpłodnemu agnostykowi? [5]”

Miquel Gensana i Giró, łutem szczęścia unieśmiertelniony w powieści Jaume Cabrégo, jest znakomicie rozrysowanym bohaterem: irytuje, popełnia niewybaczalne błędy, ale też budzi sympatię czytelnika swoim nie zawsze celowym roztargnieniem i determinacją w osiąganiu celów. Świetna pierwszoosobowa narracja pozwala poznać najskrytsze przemyślenia Miquela, a opowieści równie nieśmiertelnego Maurycego ilustrują tło i rozjaśniają przeszłość rodziny, uzupełniając ją o precyzyjnie nakreślone drzewo genealogiczne.

Cabré w „Cieniu eunucha” nie popada w pisarską egzaltację znaną z „Jaśnie Pana” czy „Głosów Pamano”: książka nosi znamiona typowej powieści obyczajowej, a językowo autor stara się unikać znanego z innych swoich utworów niskointerpunkcyjnego półstrumienia świadomości*, wyodrębniając w sposób niemal klasyczny części narracyjno-opisowe, dialogi i wspomnienia bohaterów – być może dzięki wspominanej muzycznej konstrukcji. Znakomita twórczość Katalończyka oddana w ręce polskich czytelników już po raz czwarty, ponownie nie zawodzi: Cabrégo z pełnym przekonaniem ustawiam na półce pomiędzy powieściami Eco i Marqueza, i nie ukrywam – mało dyskretnie spodziewam się niedługo dla tego pisarza literackiej nagrody Nobla.


*BiblioNETkowa korekta niestety usunęła to określenie (moim zdaniem trafnie opisujące twórczość Cabrégo), z powyższej recenzji opublikowanej na portalu.


[1] Jaume Cabré: Cień eunucha. Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016, s. 38.
[3] Jaume Cabré: Cień eunucha. Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016, s. 366.
[4] Krąży plotka, iż Cabré pisząc Cień eunucha inspirował się filmem Andrzeja Wajdy Ziemia obiecana, będącym ekranizacją powieści Władysława Reymonta. Na ile fabryki włókna w Feixes przypominają te łódzkie – nie wiem, ale robotnicy i ich problemy wszędzie są te same, czy w Polsce, czy w Hiszpanii.
[5] Jaume Cabré: Cień eunucha. Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016, s. 38.




Książkę otrzymałam od redakcji portalu BiblioNETka.pl, i to dla niego powstała powyższa recenzja, którą można przeczytać TUTAJ.



Autor: Jaume Cabré
Tytuł: Cień eunucha
Tłumacz: Anna Sawicka
Wydawnictwo: Marginesy, Warszawa 2016
Liczba stron: 494


Ocena recenzenta: 6/6

27 września

Czy na pewno wiesz, kim jesteś?

Indie, rok 1907. Dwunastoletnia Lilian Langdon od urodzenia mieszka wraz z rodzicami w brytyjskiej, skolonizowanej części kraju. Wiodą tam całkiem dostatnie życie: Henry, ojciec dziewczynki jest poważanym obywatelem, wiele poświęcającym dla pokojowej integracji Anglików i Hindusów. Rodzinę Langdonów dokładniej poznajemy w mgnieniu jednego z ostatnich indyjskich wspomnień Lilian: wystawnego przyjęcia urządzonego przez matkę dziewczynki dla ojca z okazji jego pięćdziesiątych urodzin. Jubileuszowym prezentem miał zostać misternie haftowany obrus, nad którym kobieta spędziła wiele pracowitych miesięcy. Niespodzianka się udała: przybyli zaproszeni przyjaciele, wzniesiono toasty, skonsumowano tort. W końcu – przyszedł czas na wyczekiwany podarunek… na którego widok zniesmaczeni goście w pośpiechu opuścili dom Langdonów, a sam Henry zamknąwszy się w gabinecie popełnił samobójstwo, którego przypadkowym świadkiem stała się jego córka. Osieroconą i przytłoczoną tragedią dziewczynkę przygarnia ciotka Wilhelmina: mieszkająca w Wielkiej Brytanii podstarzała siostra matki Henry’ego. Lila, wychowana od dziecka w Indiach i tym samym żyjąca według tamtejszych kanonów kulturowych, ma problemy z adaptacją na Starym Kontynencie – osamotniona tęskni za swoim domem, przyjaciółmi i codziennymi hinduskimi zwyczajami. W Anglii odnajduje jednak intrygujące dzienniki ojca i listy pisane przez babkę do bliskich: z tych okruchów mozolnie odtwarza życie swojej rodziny, naznaczone przede wszystkim krwią, tęsknotą i poszukiwaniem tytułowego, własnego miejsca na ziemi. W międzyczasie Lilian musi również rozwiązać swoje problemy, dorosnąć, i zdecydować, czy w głębi serca czuje się Brytyjką, czy Hinduską – a stawka jest wysoka, bo nagrodą jest przepiękna, wzruszająca miłosna historia z I wojną światową w tle.



Postać Lili intertekstualnie przywodzi na myśl Sarę Crewe, bohaterkę „Małej księżniczki” Frances Hodgson Burnett*. Podobnie jak w tej klasycznej powieści, w „Miejscu na ziemi” dorastająca, związana z Indiami dziewczynka – później kobieta – musi odnaleźć swoją tożsamość i prawdę o najbliższych: z tą jednak różnicą, że prawda według Sinha w przeciwieństwie do dobrze kończącej się książki Burnett okazuje się być przede wszystkim bolesna i krwawa. Autorka (od wielu lat mieszkająca w Anglii rodowita Hinduska) w swojej debiutanckiej powieści nie stroni od dość drastycznych w opisach nawiązań do najciemniejszych kart historii, na których mozolnie budowano kolonizatorskie porozumienie pomiędzy Indiami a Wielka Brytanią. Jednym z autentycznych wydarzeń stanowiących główną oś książkowej fabuły jest rzeź w Kanpurze z 1857 roku, gdzie podczas powstania Sipajów buntownicy wymordowali cały stacjonujący pod miastem garnizon angielski – wraz z kobietami i dziećmi, które niefortunnie towarzyszyły mężczyznom podczas ich egzotycznej wojskowej wyprawy. Sinha stara się w powieściowych dziennikach Henry’ego i wspomnieniach jego ojca odtwarzać kolejne polityczne kroki do późniejszego odzyskania pokojowego porozumienia w tym rejonie – nie jest to jednak łatwe: mamy tu do czynienia z odwróconą perspektywą obrońcy i okupanta, którym okazują się być – mimo najlepszych pobudek – Brytyjczycy. Bohaterowie książki stojący po obydwu stronach konfliktu nie dają czytelnikowi tym samym możliwości jednoznacznego określenia dobra i zła: każda nacja posiada swoje konkretne, niepodważalne argumenty, a wypracowany w następnych latach wielokulturowy kompromis świadczy jedynie o dobrej woli obydwu narodów. „Miejsce na ziemi” porusza w tym kontekście bardzo aktualny problem inności i wyobcowania, połączonego z  niechęcią do emigrantów i poczuciem braku przynależności do danego społeczeństwa: „obcymi” są tutaj zarówno przebywający na terenie Indii Brytyjczycy, jak i powracająca do ojczyzny przodków Lilian. Autorka zabierając swoją powieścią ważny głos w światowej dyskusji o konsekwencjach postkolonializmu wyraźnie zaznacza, że za asymilację w danej społeczności odpowiadają obydwie strony, a różnice kulturowe przy odrobinie wysiłku nie muszą stanowić integracyjnej bariery.


Książka Umi Sinhy to finalnie także fascynująca historia o kobietach: o ich sile przetrwania, macierzyństwie, miłości, oddaniu i poświęceniu, wreszcie – o szaleństwie, psychozie i perfekcyjnie tuszowanych sekretach: to kobiety bowiem są w tej opowieści mistrzyniami w ukrywaniu tajemnic. Poetycko i melancholijnie opisana saga rodziny Langdonów obejmująca trzy pokolenia żyjące w Anglii i Indiach na przestrzeni ponad stu lat, zagadek skrywa wiele – nie tylko na haftowanym obrusie. Warto je poznać – „Miejsce na ziemi” do ostatniej strony podsyca ciekawość czytelnika, sprawiając, że ciężko jest się od tej wartościowej książki oderwać.


*Tu: chociażby piękne wydanie z serii „Mistrzowie Ilustracji” Wydawnictwa Dwie Siostry; Frances Hodgson Burnett: Mała księżniczka. Dwie Siostry, Warszawa 2015, 292 s.




Książkę otrzymałam od redakcji portalu BiblioNETka, 



Autor: Umi Sinha
Tłumacz: Robert Waliś
Wydawnictwo: Marginesy, Warszawa 2016

Liczba stron: 384

24 marca

Serbski Franek Dolas


28 czerwca 1914 roku. W Sarajewie wizytowanym przez austriacką parę książęcą reprezentujący antyrządową organizację Czarnej Ręki Gawriło Princip oddaje strzały do samochodu, którym podróżują Franciszek Ferdynand i jego ciężarna małżonka, Zofia. W wyniku udanego – drugiego zresztą w tym dniu – zamachu oboje giną, a Europę na nadchodzące cztery lata ogarnia wojna angażująca 28 państw i pochłaniająca (w wyniku bojowych działań i chorób) 30 milionów ludzkich istnień [1]. 

Tyle historia.

Jak rozpętałem pierwszą wojnę światową – zdaje się opowiadać, na wzór popularnego polskiego filmu z lat 70. debiutancka książka Iana Thorntona. Daleko jej jednak do komedii: historia Johana Thomsa, choć również złożona z zabawnych zwrotów akcji i prowadząca poprzez niemalże całą Europę, jest przede wszystkim realizacją literackiego motywu geniuszu wraz z jego oczywistą bliskością do szaleństwa. Czytelnik towarzyszy bohaterowi przez całe jego, jak się okazuje, pogmatwane życie: od momentu narodzin w bośniackim Argonie w 1894 roku, do śmierci w roku 2003. Poznaje małego, niebywale bystrego chłopca znakomicie grającego w szachy (znamienna jest ich analogia do wszelkich wojennych działań), z wybitnymi uzdolnieniami językowymi, umiejętnością zjednywania sobie ludzi i bujną – jeszcze nie szaleńczo – wyobraźnią. Późniejsze jego losy zdają się być konsensusem  wielu różnych wypadków i zdarzeń: od (być może genetycznie warunkującego) obłędu ojca, przez niefortunny wypadek z jeleniem prowadzący do protektoratu bogatego hrabiego Kaunitza, wreszcie – nieszczęsne popołudnie czerwcowej niedzieli, kiedy to dwudziestoletni Johan miał (wówczas jeszcze) przyjemność zasiąść za kierownicą auta wiozącego arcyksięcia Ferdynanda. Śmierć austriackiej pary rzuci cień na całą jego dalszą egzystencję; obarczając się winą za zaistniały zamach ucieka z kraju, a kolejne wydarzenia posiadają znamię efektu „domina” lub „motyla”: zdają się być konsekwencją tego jednego ułamka sekundy, w którym młodziutki, zakochany Thoms zamyślił się o pięknej Lorelei, nieświadomie wystawiając swoich pasażerów na niebezpieczeństwo. Polityczne skutki zamachu w Sarajewie są znane: zaledwie dwa miesiące później wybucha wojna, o której informację Johan przypłaca zapaścią nerwową i długim pobytem w szpitalu: każda z czytanych przez niego gazet histerycznie mu przypomina, że to on jest odpowiedzialny za narastający na kontynencie koszmar. Ucieczka przed strachem i wyrzutami sumienia prowadzi bohatera do Portugalii, późniejsza II wojna światowa (według mniemania Thomsa wynikowa wydarzeń I wojny, a zatem i jego postępku) wypędza go na tułaczkę do Hiszpanii i Anglii. W swoich wojażach od pierwszych dni emigracji Johan jakby za karę traci wszystko, co posiada niematerialnego: przyjaciela, rodziców, wreszcie – ukochaną, do której nigdy nie ma odwagi powrócić.  Zyskuje jednak towarzysza: małego Cycero, chorwackiego chorego chłopca, który swoją obecnością chroni go przed całkowitym zatraceniem w wynikającym z poczucia winy obłędzie, i tym samym samotnością. Przed szaleństwem ratuje Thomsa również literatura: zaczyna swoje przeżycia i spostrzeżenia opisywać w formie powieści wydawanych (obok popularnych wówczas Hemingwaya, Orwella i poetki Dorothy Parker) pod żeńskim pseudonimem  Blanche de la Peña, próbując tym samym zrehabilitować w opinii publicznej jeżeli nie siebie, to bodaj swoje powieściowe alter ego. A to – tak naprawdę – dopiero początek opowieści…

Thornton konstruując narrację „O człowieku, który podpalił wiek dwudziesty…” posługuje się niemal matematyczną dokładnością: jedno zdarzenie (paradoksalnie logicznie) wynika z drugiego; rachunek prawdopodobieństwa chichocze w twarz czytelnikowi, za każdym razem wyciągając z dzbana czarną kulę[2], pieczę nad ciągłością losów Johana dzierżą nierzadko przywoływani w powieści Pitagoras i Fibonacci[3], a wszystkie jego kolejne przedsięwzięcia rozważone są z precyzją szachowego ruchu, nieuchronnie prowadzącego do druzgocącego mata. Postać Thomsa, skrzyżowanie analitycznego geniuszu z obłąkaniem, dość groteskowo obrazuje konsekwentność ludzkich decyzji, które niezależnie od woli człowieka potrafią przejąć kontrolę nad całym jego życiem, do samego końca powracając z nachalną dywagacją „co byłoby, gdyby”. Moralnym przesłaniem językowo znakomitej i wielce erudycyjnej powieści Thorntona niewątpliwie jest nauka, iż nie należy rozpamiętywać minionych zdarzeń, a dać szansę teraźniejszości – bywa ona zaskakująca niczym książkowe wydarzenia.  Rzecz znakomita: brawurowe połączenie psychologicznych rozważań z historycznym tłem obydwu wojen zaowocowało intelektualną, zmuszającą do myślenia czytelniczą ucztą. Dajmy zatem szansę Johanowi Thomsowi opowiedzieć swoje dzieje, i tym samym mu… wybaczmy, bo przede wszystkim tego ten smutny bohater potrzebuje.

[1] Por. Wikipedia, hasło „I wojna światowa”.
[2] Por. David J. Hand: „Zasada nieprawdopodobieństwa. Dlaczego codziennie zdarzają się cuda, zbiegi okoliczności i rzadkie wydarzenia”. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015.
[3] Ian Thornton: „O człowieku, który…”, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015, s. 383.


Recenzja została napisana dla portalu biblioNETka.pl, od którego otrzymałam niniejszą książkę, i można ją przeczytać TUTAJ. 



 Tekst recenzji można spotkać również na stronie książki Thorntona w Wydawnictwie Marginesy.





Autor: Ian Thornton
Tłumacz: Aleksandra Ambros
Wydawnictwo: Marginesy, Warszawa 2015
Liczba stron: 418


20 grudnia

Jazz, jazz...


Jazz. Parafrazując wypowiedzi władz PRL-owskich: wytwór szkodliwego zachodniego imperializmu, zagrażający jedynej i najlepszej socjalistycznej kulturze, sączący negatywne ideologie w umysły młodych ludzi, którzy winni zająć się przede wszystkim wyrabianiem norm w pracy, a nie szukaniem rozrywki w obcych nurtach muzycznych. W ten sposób piętnowano i cenzurowano zasadniczo każdą twórczość „zza oceanu” w Polsce lat 50., zatem w najbardziej ortodoksyjnej dobie ustroju komunistycznego. Jazz (a wraz z nim swing i wczesny rock’n’roll) w owym czasie przechodził tzw. „okres katakumbowy” – zakazany w publicznych lokalach, potajemnie pojawiał się (mimo groźby nierzadko drastycznych represji i kar) jedynie w prywatnych mieszkaniach i na zamkniętych muzycznych imprezach*. 

Taką sytuację w kraju zastaje Fabian Apanowicz, bohater książki Włodzimierza Kowalewskiego: powracający do Polski powojenny emigrant, puzonista grający przez ostatnie lata swing w znanych jazzowych klubach Anglii i na pływających do Ameryki transatlantykach. Jego celem jest Ciechocinek, w którym planuje zamieszkać u młodszej siostry – Wandy, lokalnej dentystki i przedwojennej śpiewaczki, aby tamże… oczywiście – tworzyć muzykę. Budzi to niebywałe zdumienie w jego najbliższym otoczeniu: nie dość, że wraca do Polski z krajów dobrobytu: kawy „Neski”, drogiej herbaty, nierwących się rajstop, przypraw, które dotychczas przysyłał w zawsze dokładnie przeszukiwanych przez odpowiednie służby paczkach, to jeszcze zakłóca spokój środowiska swoimi wywrotowymi pomysłami! Staje się jednak rzecz zadziwiająca: Fabian nie tylko zyskuje w Ciechocinku niebywałą sławę i poważanie, ale także udaje mu się jakimś cudem „wyciągnąć z podziemia” ukrywających się dotąd muzyków, w tym miejscowego doktora i… milicjanta, cały zastęp trębaczy, perkusistów, klarnecistów, z mistrzem klezmerki – emerytem Felicjanem Zuppe na czele. Zakładają oni na polskim komunistycznym gruncie niemalże amerykański jazzband; w pensjonacie zaczynają odbywać się próby, na których muzycy Fabiana grają (całkiem legalnie!) zakazane szlagiery najsłynniejszych kompozytorów, zdobywając stopniowo (przy irracjonalnej pomocy lokalnych władz, które również okazują się zafascynowane tą młodzieżową muzyką) lokalną sławę, przenoszącą się następnie na sceny ogólnokrajowe. W tym swingującym anturażu pojawiają się również miłość i intryga, a powieść bardzo sprytnie przeistacza się z obyczajowej w sprawnie skonstruowany szpiegowski thriller. 

Nie można odmówić Kowalewskiemu językowej błyskotliwości i metaforycznej ironii: w „Excentrykach” mistrzowsko karnawalizuje szary okres PRL-u, nadając mu (nieco złośliwie) amerykański blichtr. Znakomicie również wyśmiewa absurdy ówczesnej rzeczywistości; wystarczy wspomnieć postawy powieściowych „towarzyszy” z UB czy kontrolujących bohatera milicjantów, tudzież nawiązującą do akcji „Hiacynt” homofobię Zuppego, który brawurowo stwierdza, że nawet „Mickiewicz był pedałem”. 

Warto w tym momencie zwrócić uwagę na intertekstualne i interpersonalne konteksty powieści: oprócz wyżej wspomnianego Mickiewicza przywołani zostają zarówno amerykańscy jazzmani, jak i krajowi przed- oraz powojenni artyści: Leśmian, Tyrmand, Ordonka, Rodziewiczówna, Fredro, Tuwim… Kto zaś przeoczył Stachurę i Lechonia – ten trąba! Nawiązania do znanych pisarzy i muzyków tworzą w „Excentrykach” intelektualną, gęstą atmosferę kontrastującą z obrazem mało inteligentnych środowisk władz komunistycznych, na których tle wyjątkowo intensyfikują się fenomenalnie nakreślone postacie bohaterów: oprócz Fabiana i jego siostry koniecznie należy tu wymienić Bayerową – wiecznie pijaną (ale mającą zadziwiająco trzeźwy ogląd rzeczywistości) właścicielkę pensjonatu, w którym mieszka rodzeństwo Apanowiczów; doktora Cyryla Vogta, skrywającego nieodgadnioną przeszłość chirurga; tajemniczą Modestę – anglistkę, która pojawia się i znika w najbardziej zaskakujących momentach… 

Trzeba jednak zauważyć, że w tej powierzchownie zabawnej powieści, z fabułą osadzoną niewiele lat po wojnie, żywo obecny jest temat Zagłady: zarówno w biograficznym rysie głównego bohatera, który podczas wojny stracił żonę i syna, jak w historii Reichmana: Żyda-artysty, który wyjechawszy z Ciechocinka „na chwilę” – nigdy już do niego nie powrócił, pozostawiając na miejscu swoje dość intymne zapiski i wspomnienia. Ambiwalentne zestawienie emocjonalnych płaszczyzn narracyjnych – zadumy nad przeszłością i postbarejowskiej groteski – przejaskrawia opisywaną rzeczywistość, sprawiając, że ostatecznie okazuje się, iż jest ona jedynie liryczną fatamorganą, a prawdziwy świat, który się pod nią skrywa, wygląda całkowicie inaczej. 

„Excentrycy” Kowalewskiego gatunkowo nie są zatem (jak mogłoby się wydawać) ani powieścią naturalistyczną, ani reportażem z pogranicza realizmu peryferyjnego: w ramy quasi-historycznej PRL-owskiej codzienności została tu wpleciona zupełnie nowa, momentami niemalże fantastyczna opowieść o zaskakujących i nieprzewidywalnych zwrotach akcji, ze znakomitym, ironicznym, szpiegowskim zakończeniem – a czytanie jej to prawdziwie intelektualna uczta. 

--- 
* Dopiero w roku 1954, wraz z utworzeniem krakowskiego festiwalu Zaduszki Jazowe, muzyka ta zaczęła w Polsce odżywać i pojawiać się w miejscach publicznych. 




Egzemplarz książki otrzymałam od portalu biblioNETka, i tam też można przeczytać niniejszą recenzję.






Autor: Włodzimierz Kowalewski   
Tytuł: Excentrycy 
Wydawnictwo: Marginesy, Warszawa 2015 
Liczba stron: 318 

30 listopada

Szalone lata pięćdziesiąte


Niech Was nie zmyli tytuł tej wydanej przez Marginesy pozycji: „Sylvia Plath w Nowym Jorku, lato 1953” autorstwa Elizabeth Winder wcale nie jest biografią znanej pisarki i poetki. To obraz Stanów Zjednoczonych lat 50. wraz z kon- tekstem historyczno-literackim i analizą konserwatywnego społeczeństwa z czasów przed rewolucją obyczajową, która dopiero dziesięć lat później zliberalizowała zarówno opinię publiczną, jak i kanon zachowań typowej młodej Ame- rykanki. To także charakterystyka zwyczajnej dwudziestolatki: kobiety u progu życia pełnego perspektyw, uczącej się – często metodą prób i błędów – podejmowania przyszłościowych decyzji.

Postać Sylvii Plath stanowi niejako pretekst do zebrania opowieści uczestniczek letnich praktyk dziennikarskich w re- dakcji poczytnego magazynu dla kobiet: modowo-kulturalno-literackiego „Mademoiselle”. W każdym roku wydawania pisma[1], w okresie wakacyjnym, dwadzieścia dziewcząt z całego kraju (szczegółowo dobieranych i weryfikowanych pod względem umiejętności) dostawało szansę wyrwania się ze swoich nierzadko prowincjonalnych miejsc za- mieszkania, by na własne oczy zobaczyć - i zachłysnąć się - blichtrem Nowego Jorku. Z ich wspomnień, które Elizabeth Winder pieczołowicie zgromadziła, dowiadujemy się, jakie relacje panowały zarówno między mieszkankami żeńskiego hotelu Barbizon, jak i w redakcji; jakie posiadały marzenia (zobaczyć Nowy Jork, a potem wrócić „do siebie”, by prowadzić życie przyzwoitej żony i matki[2]), jakich używały kosmetyków, jak się czesały, jakie ubrania były odpowiednie według nich na daną okazję, z kim się spotykały, co jadły. Pomiędzy kartami książki plączą się, niczym w damskiej torebce, ówczesne drobiazgi niezbędne każdej dwudziestolatce: szminki od Max Factor w najróżniejszych odcieniach intensywnej czerwieni, nylonowe pończochy, wsuwki do włosów, kostiumy kąpielowe, nowoczesne, nabłyszczające szampony, staniki z fiszbinami, luksusowe kremy… Poprzez taki pryzmat można odnieść wrażenie, że wakacyjny staż stanowił dla uczestniczek swoiste targowisko próżności, ale jest wręcz przeciwnie: każda z dziewcząt, oprócz oczywistej wiedzy o modzie i urodzie, musiała podsiadać obycie literackie i doskonałe umiejętności warsztatowo-pisarskie, dzięki którym mogła zostać przydzielona do odpowiedniego stanowiska w redakcji, i – co się z tym wiąże – ciężkiej dziennikarskiej pracy. Ze wspomnień koleżanek wynika, że Sylvia w tym wypadku była nieco poszkodowana, gdyż posadę w dziale literackim otrzymała inna stażystka (Candy Bolster), co umożliwiało jej spotkania z najciekawszymi pisarzami Ameryki, w tym z uwielbianym przez Plath Dylanem Tomasem. Zresztą codzienne dni młodziutkich dziennikarek po brzegi wypełnione były spotkaniami z celebrytami (Plath przeprowadziła m.in. wywiad  z pisarką Elizabeth Bowen, poznała także dramaturga Williama Inge i projektantkę modową Anne Fogerty), przyjęciami, balami towarzyskimi i wizytami w rozmaitych instytucjach (np. w siedzibie ONZ), gdzie obecność była bezwzględnym redakcyjnym wymogiem. Na sprawy prywatne pozostawało więc niewiele czasu, jednak ambitne, pełne młodzieńczej witalności i fascynacji światem dziewczęta robiły wszystko, aby wygospodarować czas na wielkomiejskie zakupy… i randki z nowopoznanymi chłopcami.

Ważnym elementem książki są fotografie, pochodzące z sierpniowego numeru „Mademoiselle” będącego pokłosiem wakacyjnego stażu Plath i jej koleżanek: można na nich zobaczyć szczęśliwe, roześmiane redaktorki, które jednak po latach wspominają, że sesje bywały pełne łez i potu, a praca modelki wcale nie jest tak łatwa, jak można wnioskować z kolorowych stron różnorakich pism. Oprócz nich w książce można zobaczyć nieliczne archiwalne zdjęcia Sylvii, oraz… reklamy kobiecych produktów z lat 50., co jest sympatycznym akcentem, dopełniającym obrazu codziennego życia młodych Amerykanek.

Samej Sylvii Plath w książce jest jednak niewiele; lato 1953 roku to okres podczas którego w swoich nieustannie przecież prowadzonych dziennikach zapisała zaledwie jedno zdanie. Elizabeth Winder próbuje zatem zrekonstruować tę nieopisaną przez Plath codzienność, co generalnie jej się udaje, zwłaszcza, że do dyspozycji posiada wspomnienia innych dziewcząt, związanych wówczas z redakcją „Mademoiselle”. Nie do końca mimo wszystko jasny jest zamysł autorki mający na celu zobrazowanie, w jaki sposób pobyt Sylvii Plath w Nowym Jorku zmienił jej dalsze życie, a zwłaszcza jaki posiadał wpływ (co autorka zdaje się sugerować) na podjęcie przez nią jednej z pierwszych prób samo- bójczych. Według Winder przede wszystkim to właśnie przemęczenie pracą w redakcji zaowocowało u Plath twórczą blokadą (pisarka miała po powrocie z Nowego Jorku złożyć pracę dyplomową o twórczości Joyce’a), zbiegło się także w czasie z wyjazdem do wojska jej ówczesnego chłopaka, Gordona, który starał się ją wspierać swoją obecnością podczas depresyjnych załamań. Równie dobrze jednak mógł być to wczesny objaw zdiagnozowanej nieco później u Plath cho- roby afektywnej dwubiegunowej, z którą pisarka zmagała się aż do swojej śmierci w roku 1963. Istotne jest, że tamtą samobójczą próbę przeżyła, a jako element autoterapii i literackiego konfesjonizmu stworzyła na wpół biograficzną po- wieść, która przyniosła jej sławę „pisarki wyklętej”: kultowy „Szklany klosz”, odnoszący się bezpośrednio do wydarzeń lata 1953 roku.

Książka Winder to niebywale ciekawa pozycja, ilustrująca codzienne życie młodych kobiet w latach 50. XX wieku, odsłaniająca zarazem kulisy pracy redakcyjnej w wielkich modowych magazynach.  Najważniejsze jest jednak, iż biografią w dokładnym tego słowa znaczeniu nie będąc, stanowić może cenny biograficzny przyczynek, niezbędny do analizy zarówno życiorysu, jaki i twórczości Sylvii Plath.

[1]Tutaj w 1953; „Mademoiselle” ukazywało się od roku 1935.
[2]Znamienne jest, iż kobiety nie miały  wtedy jeszcze świadomości, że można (wypada!) postępować inaczej, choć u niektórych stażystek „Mademoiselle” zalążki rewolucji zaczynały już powoli kiełkować – co zresztą książka Winder ciekawie obrazuje.



Egzemplarz recenzencki otrzymałam od portalu BiblioNETka.





Autor: Elizabeth Winder
Tytuł: Sylvia Plath w Nowym Jorku, lato 1953
Wydawnictwo: Marginesy, Warszawa 2015
Liczba stron: 320

28 stycznia

Wyobraź sobie, że nikt Cię nie kocha...

       Wyobraziłaś sobie? To teraz jeszcze wyobraź sobie, że masz dwanaście lat, mieszkasz w domu dziecka, do którego wróciłaś z czterech adopcyjnych rodzin (w jednej "zabiłaś" tatę, w innej gdy spadłaś z roweru powiedziałaś grzeszne i nieczyste słowo "cipka", do innej jesteś po prostu "zbyt dziwna"), słyszysz przedmioty, które Cię otaczają, a podstawowa rzecz, której się nauczyłaś, to walka z innymi dzieciakami o przetrwanie... i święty spokój. Masz na imię Lena, i ktoś bardzo chce nauczyć Cię miłości, której nie chcesz, bo wiesz, że wszystko przemija, że wszystko co dobre, trwa chwilę, i nie wolno się do tego przyzwyczajać. Upadki z wysokości bolą bardziej, prawda?
       "Oro" to książka dwóch autorek, kryjących się pod pseudonimem Marcel A. Marcel: Dany Łukasińskiej i Olgi Sawickiej, obydwu związanych z warszawską sceną teatralną. Poruszający opis psychiki osamotnionego dziecka, które stopniowo odkrywa w sobie pokłady wypieranej przez lata empatii, jest na rodzimym rynku wydawniczym prawdziwie pedagogiczną perełką, skierowaną zarówno do dzieciaków "z problemami" (nie tylko związanymi z adopcją; również z poszukiwaniem własnej tożsamości, z egzystencją w grupie rówieśniczej, z pierwszymi miłościami, z kompleksami związanymi z wyglądem i poczuciem niedoskonałości, zatem z niemal wszystkim, z czym młody człowiek walczy w okresie dojrzewania), jak też do rodziców, zarówno biologicznych i adopcyjnych: pokazuje, że serdecznością, cierpliwością i zrozumieniem można zbudować naprawdę wiele, a przede wszystkim stworzyć kochający dom dla dzieci, które nierzadko nie pozwalają się kochać. Pokazuje rodzinę, w której jest miejsce dla każdego, niezależnie od jego poglądów czy problemów, obrazuje potęgę akceptacji i zaufania, wyrażonego chociażby w książkowych dialogach relacji dzieci - rodzice: każda, nawet błaha sprawa staje się godna uwagi i omówienia, piętnuje się natomiast wyśmiewanie, ocenianie, czy uleganie stereotypom (warto zaznaczyć, że jedna z adopcyjnych sióstr zmaga się z otyłością, inna z ADHD, najmłodszy zaś chłopczyk ma problemy logopedyczne). W całym nacisku na indywidualną kreację jednostki pokazana jest jednak potęga wspólnoty, wewnątrz której bohaterka-samotniczka zmuszona jest zaistnieć - co udaje się dzięki bezwarunkowej miłości, która powoli rodzi się w skomplikowanych relacjach z adoptowanymi rodzicami i nowym (licznym!) rodzeństwem. 
    Książka jest momentami emocjonalnie trudna, rozchwiana jak nastolatek, który od melancholijnych "dołków" popada w nieuzasadnioną agresję, negację i oportunizm, lecz gdzieś w głębi posiada prawdziwe dobro. Pozycja uwrażliwiająca, otwierająca oczy na problemy dorastającej młodzieży, i nakazująca zastanowić się nad własnymi postawami; robi to jednak nienachalnie, bez dydaktycznego moralizatorskiego "smrodku", którego dzieciaki nie lubią. 
       "Oro" wzrusza, rozbraja swoją szczerością, i przywołuje finalny uśmiech przez łzy, dzięki któremu po przeczytaniu wydaje się, że teraz będzie już lepiej, trawa jest zieleńsza, a słońce mocniej grzeje. I nieważne, że samolot z Mediolanu nadal nie przyleciał - najprawdziwszy Oro zawsze będzie przy Tobie.


+ Książkę komiksowo zilustrował Krzysztof Ostrowski, autor "Plasteliny" i "Chopina New Romantic", wokalista zespołu Cool Kids of Death.
+ "Oro" otrzymała nagrodę IBBY w kategorii Książka Roku 2012.







Marcel A. Marcel
Wydawnictwo Marginesy
Warszawa 2012