Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

07 lutego

Królestwo nie z tego świata

Kto nie pamięta historii,
skazany jest na jej ponowne przeżycie.
George Santayana

Zofia Posmysz – pisarka, dziennikarka radiowa, autorka  – miedzy innymi – popularnego słuchowiska „W Jezioranach” i książki, na kanwie której powstał scenariusz głośnego filmu Andrzeja Munka „Pasażerka”. Więźniarka Auschwitz i Ravensbrück, rocznik 1923, obozowy numer 7566. W momencie wybuchu II wojny światowej miała niecałe 17 lat, w momencie osadzenia w obozie – 19; w chwili przeprowadzania właśnie opublikowanych wywiadów – 93, i… pogodę ducha niedostępną dla niejednego młodego człowieka. „Królestwo za mgłą” jest pokłosiem rozmów przeprowadzonych wiosną 2016 roku podczas szesnastu spotkań z Michałem Wójcikiem, historykiem i dziennikarzem, konsekwentnie docierającym do niewielu już naocznych świadków II wojny światowej (rozmawiał między innymi z Lucjanem Wiśniewskim ps. „Sęp”, jednym z „likwidatorów” Kedywu AK, co zaowocowało późniejszym wydaniem książki „Ptaki drapieżne”*).
Zofia Posmysz okazała się być rozmówczynią bardzo, jak na swój wiek… zabieganą: w chwili obecnej konsultuje zagraniczne realizacje opery „Pasażerka”, uczestniczy w wielu memoriałowych spotkaniach, często skierowanych do młodzieży, wyjeżdża, telefonuje, pisze… W tej pracowitej, serdecznej, uśmiechniętej staruszce ciężko jest zobaczyć bitą, poniżaną, maltretowaną więźniarkę Auschwitz. Tylko ten wytatuowany numer… Tylko ta opowieść. Tylko jej książki...

Od wielu wspomnień obozowych, które na szczęście dla ludzkości są pieczołowicie zbierane, wspomnienia Posmysz różnią się optyką. O ile bowiem dość dokładnie wiadomo, jak wyglądała codzienność osadzonych w Auschwitz, tak rzadko spotyka się zapis rozmaitych emocji i postrzegania tamtejszych realiów z perspektywy  więźnia, który w obliczu zagrożenia nie zatracił swojej intelektualnej przytomności na rzecz wszechobecnego wśród ofiar marazmu. W przypadku Posmysz za taki stan rzeczy odpowiadać mogła zarówno dająca pewność przetrwania wiara, na którą bohaterka zresztą często się powołuje, jak i specyfika charakteru, który uporczywie nie dawał za wygraną w myśl nieco kolokwialnej zasady „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”. Całkowicie nowatorska jest także ambiwalentna recepcja, bądź co bądź – obozu zagłady, w baśniowej formie interpretacyjnej**: wykorzystane w tytule książki, rządzone przez obłąkanego króla Królestwo Rycerzy Trupiej Czaszki, do którego można było dotrzeć jedynie sunącymi przez Mgłę (dym?) widmowymi pociągami, to oswajana wizja obozu śmierci; wizja zneutralizowana, nadająca i tak nierealnej w pojęciu ówczesnego człowieka rzeczywistości rysów znajomej, choć groźnej baśni, próba nazwania nienazwanego. Zachodzący tutaj dualizm ontologiczny obala niejako Hartmannowskie rozróżnienie przedmiotów doświadczenia: realne stało się niewyobrażalne, dlatego w jego miejscu pojawiło się to, co irracjonalne. Istniejące jedynie w wymiarze transcendentalnym Królestwo bliskie staje się zatem realizacji poglądów Ingardena, który twierdził, że „im więk­szy kładzie się nacisk na transcendencję real­nego świata w przeciwstawieniu do immanentnie dokonujących się przeżyć doświadczenia, im bardziej zdecydowanie podkreśla się rady­kalną różność immanentnej sfery czystej świa­domości i transcendentnej sfery realnego świata (...), tym głośniej odzywa się wątpli­wość, czy sensy przedmiotowe ukonstytuowa­ne w immanencji odpowiadają adekwatnie te­mu, co w danym wypadku faktycznie istnieje”***. Takie solipsystyczne widzenie obozowej rzeczywistości niewątpliwie wspomagało codzienną obozową egzystencję, a przeniesienie jej w transcendentalny wymiar prawdopodobnie umożliwiło – przynajmniej w przypadku Posmysz – przetrwanie najcięższych momentów.
Ważnym elementem wspomnień Zofii Posmysz są osoby, które spotkała w obozach: z imienia i nazwiska (jakaż niesamowita pamięć u 94-letniej staruszki!) pojawiają się w nich zarówno Polacy, Żydzi i Niemcy, z czego należy podkreślić, że nawet w przypadku tych ostatnich Posmysz nie używa jednoznacznie negatywnych sformułowań. Postacią, którą bohaterka przywołuje najczęściej, jest Anneliese Franz, przełożona Posmysz, uwieczniona przez nią później w postaci Aufseherin Lisy w „Pasażerce” – we wspomnieniach jawi się ona nieco inaczej, niż w filmie Munka, któremu przypisywano (jak się okazuje, zbyt pochopnie) wizualizowanie homoerotycznych relacji panujących w obozach.
Dla rodzimej historii ważna jest pojawiająca się w opowieści Zofii Posmysz osoba kapitana Tadeusza Paolone-Lisowskiego, jednego z czołowych organizatorów wewnętrznego ruchu oporu na terenie obozu w Auschwitz: bohaterka miała okazję spotkać go osobiście; została obdarowana przez niego medalikiem (zachowała go zresztą do dzisiaj), i – być może – okruchem uczucia, o ile taki w ogóle mógł zaistnieć za kratami obozu śmierci. Lisowski nie przeżył osadzenia; został stracony w 1943 roku w wyniku podejrzeń esesmanów odnośnie wyzwoleńczych spisków w Auschwitz (wraz z nim stracono pułkownika Teofila Dziamę).
Warto zaznaczyć, że Posmysz nie obwinia nikogo za zaistniały stan rzeczy: nawet opisując zachowania hitlerowców (chociażby Unterscharfürera zwanego Köpfchen) unika bezpośrednich pejoratywnych określeń, wręcz czasami zastanawiając się nad ich dalszymi, powojennymi losami. Oczywiście, zachowany zostaje paradygmat kata i ofiary, jednakże Posmysz w całym swoim szacunku dla człowieka – nawet najgorszego – stara się go nie oceniać, a tym bardziej nie wydawać wyroków, które w jej mniemaniu i tak spoczywają w rękach Najwyższego. Cichy, pozbawiony nienawiści głos bohaterki stanowi ważny kontrapunkt dla dzisiejszego dyskursu o Holokauście, zwłaszcza umiejscawianego w perspektywie ogólnoeuropejskiego odrodzenia ruchów nacjonalistycznych i powszechnego zapomnienia bądź ignorancji Zagłady (spod znaku #Yolocaustu czy krzywdzącej retoryki „polskich obozów koncentracyjnych”). Posmysz poprzez taki rodzaj narracji pokazuje, jak ważna jest pamięć i jej kultywacja, bez jednoczesnego epatowania postawą ofiary: to przejmujący przykład pogodzenia się z losem, przy kategorycznym braku zgody na historyczną amnezję charakteryzującą kolejne pokolenia.

„Królestwo za mgłą” to książka, po którą powinni przede wszystkim sięgnąć ludzie młodzi: nie tylko ze względu na prymarny obowiązek kultywacji pamięci, ale również po to, żeby zobaczyć, jak – i jakim językiem (w dzisiejszej epoce tzw. „hejtu”, uprzedzeń i nienawiści wobec drugiej osoby) można mówić o rzeczach bolesnych. Jako przesłanie wypływające z opowieści Posmysz należy również traktować pokazanie niezachwianej wiary i pokory wobec niebagatelnych (wojna!) przeciwności losu, w perspektywie których dzisiejsze problemy jawią się niczym błahostki. „Królestwo za mgłą” aktualnie pretenduje do najważniejszych książek roku 2017, a warto także nadmienić, że Znak Literanova planuje wznowienie powieści pisarki (za chwilę ukazują się „Wakacje nad Adriatykiem”). Lektury – z wielu przyczyn – obowiązkowe.


*Emil Marat, Michał Wójcik: „Ptaki drapieżne. Historia Lucjana „Sępa” Wiśniewskiego”. Znak Literanova, Kraków 2015.
**„Autorką” baśniowej perspektywy była Zofia Jachimczak, numer obozowy 7546, zwana „Ptaszką” – przyjaciółka Posmysz z pierwszego roku osadzenia. Jachimczak nie przeżyła obozu.
***Roman Ingarden: „Spór o istnienie świata”. T. 1, PWN, Warszawa 1987, s. 29 – 30.



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova 💓








Autor: Zofia Posmysz, Michał Wójcik
Wydawnictwo: Znak Literanova, Kraków 2017
Liczba stron: 416

Marusia, Lidka i inne dziewczęta

Pamiętacie śliczną Marusię Ogoniok, narzeczoną serialowego Janka z "Czterech pancernych"? "Za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał", śpiewał jakiś czas później zespół Perfect w "Autobiografii", uwieczniając tę, jakby nie było, kanoniczną rolę również w polskiej muzyce. Marusia - zawsze piękna, zawsze z zaplecionym schludnie warkoczem, w dopasowanym mundurze, płaszczyku, pielęgniarskim kitelku, z podkreśloną ściśle zapiętym paskiem talią, w spódnicy do kolana, w opiętych, lśniących oficerkach, z pierścionkiem na wypielęgnowanym paluszku... Niejeden by się zakochał w tak pięknej krasnoarmistce... tylko że to wszystko nieprawda.


Swietłana Aleksijewicz w swojej książce "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" udziela głosu zapomnianym żołnierkom walczącym po radzieckiej stronie podczas II wojny światowej. Kobiety te przez wiele lat trwały w milczeniu: niechętnie opowiadały o swoich frontowych przeżyciach, nie tylko ze względu na traumatyzowanie w pamięci ówczesnej rzeczy- wistości - również z powodu kuriozalnego piętnowania zarówno przez powojenny system polityczny ("skoro nie zgi- nęła, z pewnością kolaborowała") jak i... opinie publiczną ("co ona tam robiła z tymi chłopami" równoznaczne z "nigdy się za mąż nie wyda"). Aleksijewicz zbierając do niniejszego reportażu wywiady i listy dotarła do kobiet, o których historia z powodu ich wycofania zapomniała już dawno: sanitariuszek, artylerzystek, wojskowych lekarek, łączniczek, nawet - snajperek i wyborowych strzelców. Autorce cudem udało się wydobyć od nich wspomnienia, które łączy, mimo różnych wojennych profesji, wspólna kobieca perspektywa, o wiele bardziej emocjonalna niż dominujące w dyskursie opowieści mężczyzn. Książka Aleksijewicz przez ten pryzmat staje się pozycją niebywale wartościową: nadaje dotych- czasowej, historycznie zakodowanej męskiej wizji wojny zupełnie nowy rys. 

Większość bohaterek reportażu w chwili wybuchu wojny miała zaledwie po kilkanaście lat: chodziły jeszcze do szkoły, szyły sobie sukienki, spacerowały z koleżankami, chichotały, obgadując chłopców z którymi - jak podkreśla jedna z rozmówczyń Aleksijewicz - nigdy się nie pocałowały, myślały o przyszłości... Aż tu nagle - wybucha wojna. Dziewczyny wspominają solidarnie jedno: że w tym momencie przede wszystkim chciały walczyć. Na froncie, na pierwszej linii - a nie bezczynnie oczekiwać na rozwiązanie, wykonując "na tyłach" jakieś mało istotne dla przebiegu walk "babskie" pra- ce. Fakt, do wojska rosyjskiego wcielano kobiety. Jednakże w większości przypadków rozmówczynie Noblistki były po prostu na rekrutację za młode; uciekały się zatem do rozmaitych forteli: począwszy od fałszowania metryki, przez samowolne przyłączanie się do oddziałów, po... dziewczęce szlochy i histerie, zmiękczające serca najbardziej nieczułych dowódców (którzy zresztą później roztaczali nad "swoimi dziewuszkami" niemalże ojcowską pieczę). W oddziałach nie było jednak tak różowo: żadna żołnierka nie miała dopasowanego, niczym Marusia, munduru - żeńskich najzwyczaj- niej w świecie nie szyto. Soldatki najczęściej dostawały męskie ubrania, które później w ramach swoich możliwości ja- koś przerabiały. Najgorzej jednak było z butami (znamienne wspomnienie dziewczyny, która mając numer 37, otrzy- mała... męskie oficerki rozmiar 44; oczywiste jest, że do krwi zdarła w nich nogi), oraz z bielizną, która, jak wiadomo, kobietom wyjątkowo jest potrzebna (któraś z dziewcząt wspomina, jak notorycznie kradły chłopakom z oddziału suszą- ce się czyste podkoszulki, żeby je podrzeć i przerobić na coś w rodzaju podpasek; komendant wyjątkowo przymykał na ten grabieżczy proceder oko). Przy wszystkich tych "bytowych" trudnościach frontowe dziewczyny okazywały się być niezwykle odporne i wytrzymałe, zarówno podczas wielokilometrowych marszów, bezsennych nocy, krwawych walk, noszenia na własnych - dziewczęco chudych - plecach ciężkich karabinów, rannych żołnierzy, często także zwłok, z któ- rymi obcowanie z pewnością musiało pozostawić odcisk na młodziutkiej, kształtującej się dopiero psychice. Oczywiś- cie, nieodłącznymi towarzyszami dziewczyn na froncie były z lekka wyśmiewane przez oddziałowych chłopców "mięk- kie", "niemęskie" uczucia: tęsknota za domem i niepokój o bliskich, braterskie/ojcowskie (i nie tylko) sympatie do ko- legów, litość i współczucie wobec rannych (zarówno "swoich", jak i "wrogich"), empatyczne podejście do napotykanych po drodze dzieci i osób starszych, często - łzy, ale również zachwyt, że znowu rankiem udało się obejrzeć wschód słoń- ca... Emocjonalna paleta wojennych barw, mimo że najczęściej uwalana krwią i frontowym błotem, była bardzo róż- norodna.

Niebywale ciekawe są również późniejsze losy opisywanych radzieckich żołnierek: część z nich jak najszybciej (ze względu na irracjonalny lokalny ostracyzm) starała się wyjść za mąż, urodzić dzieci i prowadzić zupełnie normalne życie, całkowicie wypierając u siebie wspomnienia wojny, od czasu do czasu jedynie udając się na coroczne obchody Dnia Zwycięstwa. Inna część dziewcząt (tych o bardziej idealistycznym nastawieniu do swoich działań) postanowiła z kolei nigdy nie zakładać rodziny i żyć w samotności, z poczuciem niesprawiedliwości i napiętnowania w kraju, o który niegdyś się walczyło. Aleksijewicz ofiarnie dociera do obydwu tych kobiecych grup - rozdrapując ich rany, wywołując łzy, wielokrotnie wysłuchując ukrytych w najdalszych zakamarkach pamięci koszmarów. Mimo świadomości tak stre- sującej perspektywy kobiety te (aktualnie staruszki) zawsze jednak  pragną mówić, ciesząc się przy tym, że po tak wielu latach ktoś wreszcie ich wysłuchał. Że ktoś pamięta. Że nie muszą już milczeć - w końcu w tym wieku niewiele już mają do stracenia.




Autor: Swietłana Aleksijewicz
Wydawnictwo: Czarne, Wołowiec 2015
Liczba stron: 334